Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Death Thy Lover

Death Thy Lover - Candlemass

Death Thy Lover

Wykonawca:

Candlemass

Gatunek:

Doom metal

9 /10

Cztery nowe utwory Szwedów z Candlemass to nic innego jak okazja do radości.

Stosunkowo późno zakochałem się w twórczości doom metalowców, ale jak to w życiu bywa, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nie uciekli mi, nie rozpadli się, i choć w ostatnim czasie trochę za często zmieniali wokalistów, są wszystkim tym, czego metalowa dusza potrzebuje.

Co do ostatniego zdania, rozwinął bym tę myśl, i poszedł o krok dalej. Otóż, jednym z moich ulubionych zespołów ostatnich lat jest formacja Twitching Tongues, która kropka w kropkę jest hardcore’ową odpowiedzią na szwedzki doom/heavy metal. Sposób w jaki łączą hardcore’owy brud z domowym ciężarem i nośnością kompozycji (a to za sprawą wokali) jest zastrzykiem świeżości, której scena potrzebuje. Podobnie - choć rynek zdaje się tego nie potwierdzać - brakuje nowych, młodych zespołów, które zapatrzone w klasyczne brzmienie, dałyby powody do radości. Owszem, pojawiają się perełki, jak supergrupa bostońskich hardcore’owców - Magic Circle, która łoi podręcznikowe doom/NWOBHM i ma totalnie gdzieś rynkowe mechanizmy. Stąd jeśli chcecie poznać zespół, cóż, w Internecie nie zawsze wszystko podano na tacy.

Wracając do samej EPki, "Death Thy Lover" jak na Candlemass jest dość żywiołowym, bujającym materiałem. Nie sądziłem, że to napiszę, ale cieszy mnie pewna "jasność" w brzmieniu Szwedów. Nie wiem, czy to zasługa złotego chłopca skandynawskiej sceny, Matsa Levena, który idealnie wpisał się w spuściznę Messiaha Marcolina. Śmiem twierdzić, że w takim podręcznikowym doomowym graniu, wypada nawet lepiej niż jego poprzednik, znany z Solitude Aeturnus, Robert Lowe. Wokale, choć drapieżne, a kiedy trzeba melodyjne, nie są tutaj najważniejsze. Liczy się upiorność, toporne, proste jak budowa cepa riffy i pieczołowicie budowany klimat.

Rozkładając "Death Thy Lover" na czynniki pierwsze: mamy tu dość pokaźny arsenał typowego dla Candlemass riffowania, nieśpiesznego, mającego swoje przebojowe, melodyjne momenty, kilka co najmniej bardzo przyzwoitych solówek ("The Goose") i przeszywający wokal Levena, który z jednej strony stanowi kontrapunkt dla ciężaru wylewającego się z głośników, z drugiej zaś wzmacnia wrażenie łatwej przyswajalności materiału. Zresztą, w Candlemass, a w zasadzie w doom metalu w ogóle, nie ma mowy o technicznych wygibasach, dyrdymałach pokroju na jakim piecu zagrałem, w którym momencie jakiej skali użyłem - tutaj liczą się proste, ale odpowiednio skomasowane emocje i brzmienie - tym razem trochę zbyt sterylne, ale wciąż masywne. To przecież Candlemass.

Na 30 lecie funkcjonowania zespołu rzecz jak znalazł. Rzadko piszę w recenzjach, że coś podoba mi się w całości, ale tym razem właśnie tak jest. To raptem cztery numery, ale mam nadzieję, że panowie mają ich więcej w zanadrzu. W końcu od ostatniego longa minęły cztery lata. Skoro nagrali "Death Thy Lover" nie mogą na tym poprzestać. Nie chcę wierzyć, aby "Psalms For The Dead" miało być ostatnim, grobowym albumem.

Nie ma opcji.

Grzegorz Pindor