Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Live in Colombia

Live in Colombia - The Alan Parsons Symphonic Project

Live in Colombia

Wykonawca:

The Alan Parsons Symphonic Project

6 /10

The Alan Parsons Project to była bez dwóch zdań kapitalna grupa. Właściwie to duet w postaci odpowiedzialnego za produkcję, legendarnego inżyniera dźwięku Alana Parsonsa i zmarłego w 2009 roku kompozytora Erica Woolfsona - a wspierała ich cała świta znakomitych muzyków.

Był to projekt całkowicie studyjny - wiadomo chyba tylko o jednym występie na żywo. Udany o tyle, że zespół połączył skrajności: osiągnął zarówno olbrzymi sukces artystyczny, jak i komercyjny. Wystarczy wspomnieć absolutnie genialne, progresywne albumy "Tales of Mystery and Imagination" (na motywach opowiadań Edgara Allana Poe) oraz "I Robot" (czerpiący z literatury Isaaca Asimova) czy wielkie przeboje, choćby: "Time", "Don't Answer Me", "Eye in the Sky" i bodaj największy szlagier "Games People Play". Ostatecznie grupa rozpadła się w 1990 roku. Dopiero wtedy Alan Parsons zaczął koncertować solowo z repertuarem The Alan Parsons Project, jak i tym, co stworzył później. Przyznam szczerze, że choć niegdyś byłem olbrzymim fanem tego duetu, to nie słuchałem APP chyba od dziesięciu lat, a nazwisko Parsonsa powracało do mnie raczej za sprawą brzmienia "The Dark Side of The Moon" niż nowych krążków w solowej karierze genialnego inżyniera, który zdefiniował brzmienie muzyki rockowej czasów post-beatlesowskich.

"Live in Colombia" mogłaby być znakomitą przypominajką, ale ewidentnie coś na krążku poszło nie tak, bo zamiast cieszyć się z wykonań na żywo, ma się raczej ochotę sięgnąć po studyjne pierwowzory. Idea była taka, by utwory The Alan Parsons Project zagrać symfonicznie - nie jest to znowu jakaś nowość, bo Parsons i Woolfson zawsze robili numery z olbrzymią pompą, a symfoniczne klimaty nie były im przecież obce, zawsze tu i ówdzie wepchnęli smyki, bądź całą orkiestrę. Niestety na "Live In Colombia", choć na okładce napisane jest "Symphonic Project", nie jest jakoś przebogato zaaranżowane, w każdym razie nie tak, jak choćby metalliczne "S&M". Nie byłby to jakiś poważny zarzut, gdyby koncert nie brzmiał tak średniawo. Chodzi zarówno o dynamikę, jak i jakość dźwięku, który zdaje się być z lekka stłumiony. Oczywiście nie jest tak, że materiał brzmi okrutnie, aż tak Alan Parsons, nawet gdyby chciał, to by nie spartolił, ale dużo brakuje do obecnych standardów, szczególnie w kwestii tworzenia brzmieniem atmosfery.

Sprawa druga, to ewidentne fałsze. Koncert nie był poprawiany w studiu, co może uchodzić za plus, ale partie śpiewu są momentami tak nieczyste, że kłują po uszach ("Don't Answer Me" został dosłownie wokalnie zabity). Szkoda, że Parsons od jakiegoś czasu zaniechał praktyki pracowania z ludźmi, którzy brali udział w oryginalnych, studyjnych nagraniach i zaczął otaczać się nową świtą muzykantów. Większa część występu odegrana jest jakby po macoszemu, bez mocy, na lekkim zmęczeniu i z wduszonym pedałem hamulca.

Oczywiście jest też kilka momentów wręcz spektakularnych: "Old and Wise", obie części "The Turn of a Friendly Card" z fantastycznym solo na saksofonie, mocno elektroniczna "Luciferama". Jednak przede wszystkim brakuje emocji i potęgi tej świetnej muzyki. Dobrze jest znów usłyszeć piękne numery i specyficzny klimat The Alan Parsons Project, ale brakuje muzyce nerwu, przeczucia, że bierze się udział w wyjątkowym wydarzeniu. Nawet sentyment do twórczości Parsonsa i Woolfsona jakoś niespecjalnie pomaga. Przez krążek się po prostu przechodzi i niewiele po nim zostanie... no może prócz tego, że chce się odpalić "Tales of Mystery and Imagination".

Grzegorz Bryk