Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / For The Most Beautiful One

For The Most Beautiful One - Eris is My Homegirl

For The Most Beautiful One

Wykonawca:

Eris is My Homegirl

Gatunek:

Metalcore

7 /10

Największą nobilitacją dla Eris is My Homegirl będzie szczere przyznanie mu wytrwałości i konsekwencji w tym co robią. Zmiana jaka zaszła w szeregach młodych gwiazd telewizji doprowadziła do wyklarowania się nowego, dobrze rokującego zespołu, który debiutuje naprawdę bardzo przyzwoitym wydawnictwem.

W branży nazwa Eris is My Homegirl nadal wywołuje sporo zamieszania. Wielu widzi w nich przyszłość, inni zaś czekają na eksplozję talentu i wyjście na prostą, gdzie muzycy obiorą kierunek na oryginalność. Należę do tej drugiej grupy, choć przyznaję, niezależnie czy mówimy tu o chłopakach z Lublina, Katowic czy Poznania, mają u mnie pewien kredyt zaufania i, co jest największym zaskoczeniem, "For The Most Beautiful One" go nie wyczerpuje.

Tym, którzy z zespołem nie mieli kontaktu śpieszę donieść, iż na chwilę obecną jest to jedyna ekipa tak dobrze wpisująca się w metalcore’owe trendy. Pierwszy album Eris is My Homegirl przynosi iście wybuchową mieszankę dźwięków spod znaku większości ekip Rise Records sprzed paru lat. Dodać do tego należy coraz śmielsze zerkanie w stronę EDM, dzięki czemu bliżej Erisom do trancecore’owych gigantów z His Statue Falls czy grup pokroju I See Stars, gdzie za punkt honoru stawia się nośność kompozycji, a dopiero potem ich różnorodność, wielowymiarowość i aspekt techniczny. Jedno w przypadku tego albumu jest pewne, chłopaki w żadnym wypadku nie mają się czego wstydzić, choć jak na nasze podwórko, jest to materiał - jak zwykle zresztą jeśli chodzi o nowoczesny metal - odrobinę spóźniony, bo świat poszedł w djent, a tańce uprawa się teraz do dźwięku saksofonu (Shredding Brazzers).  

Niemniej przyznaję, nie spodziewałem się tak dojrzałego, przemyślanego, a poza tym świetnie brzmiącego krążka. Pamiętam buńczuczne zapowiedzi, kto to ich nie miał miksować, a jak wiemy wyszło jak wyszło i płyta na dwa lata utknęła w dopiero co wybudowanym studiu Jacka Moroziewicza - gitarzysty i kompozytora zespołu. Szczerze mówiąc wyszło im to na dobre, krążek jest dopieszczony w każdym calu. Chyba pierwszy raz odroczenie premiery, nieważne czy z pobudek czysto produkcyjnych, czy marketingowych (choć tu jest się o co spierać, gdyby nie okazyjne koncerty o zespole słuch zaginął) miało sens. Nawet lepiej, że muzycy tymczasowo odeszli w niebyt, bo bańka medialna z czasu pamiętnych występów w TV i trasy u boku Vader była nie do zniesienia. Nie żebym nagle celebrował wielkość i kunszt "For The Most Beautiful One", bo takie granie już dawno przestało robić na mnie wrażenie, ale nie da się obok tego albumu, zespołu i ich działalności na rynku przejść zupełnie obojętnie.

Jeśli jesteś na tyle otwarty by sprawdzić, jak na naszym poletku gra się typowy amerykański, nowoczesny metalcore, pełen elektronicznych smaczków, deathcore’owych breakdownów (i nierzadko dość szalonych temp), przepełniony łatwo wpadającymi w ucho melodiami i nie mniej zapamiętywanymi riffami, debiut grupy z Lublina jest dla ciebie. W żadnym wypadku nie odmienią oblicza tej muzyki, ale bez wstydu można ich postawić obok bardziej zasłużonych nazw. Tylko wokalnie odstają od gatunkowej czołówki (nadal ganię za autotune), a tak, wypisz wymaluj, Eris is My Homegirl to zespół gotowy na podbój zachodnich rynków.

Grzegorz Pindor