Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Przystanek Woodstock 2014

Przystanek Woodstock 2014 - Coma

Przystanek Woodstock 2014

Wykonawca:

Coma

7 /10

Koncerty na Przystanku Woodstock to zawsze wydarzenia niezapomniane, nie tylko dla widzów, ale również dla artystów. Z licznych wywiadów przeprowadzanych przez lata z polskimi i zagranicznymi wykonawcami, dowiedziałem się, że to jedno z większych wyzwań w ich karierze - trudno bowiem nie czuć ciar na całym ciele, gdy wychodzi się grać dla, dajmy na to, pół milionowej publiczności.

Coma koncertowo jest zespołem niełatwym do oceny. Zawsze starali się oni bowiem, by ich kolejne trasy różniły się od siebie pomysłem, setlistami, wykonaniem czy nawet w pewnym stopniu kreacją sceniczną. Ze względów sentymentalnych najbardziej lubię ich z okresu sprzed wydania debiutanckiej płyty, pewnie też z tego względu, że wersje utworów, które później trafiły na "Pierwsze wyjście z mroku", brzmiały w wersji live dużo lepiej niż zarejestrowane na tym krążku. Duże emocje wzbudziła we mnie również trasa promująca "Hipertrofię". Nie da się zapomnieć warszawskiego występu rejestrowanego pod kątem DVD "Live". Późniejsza Coma koncertowo to nie do końca moja bajka, ze względu na manierę wokalną Roguca. Jedni twierdzą, że to nowy styl, inni, że wynik bardzo intensywnego koncertowania przez lata i oszczędność głosu - porównania w wykonaniu dajmy na to "Leszka Żukowskiego" na Woodstocku w latach 2006 i 2014 nie dają złudzeń, że coś się zmieniło - w moim odczuciu na gorsze.

A skoro już jesteśmy przy koncertach woodstockowych, Coma uraczyła swoich fanów kolejnym wydawnictwem live w swojej karierze, będącym właśnie zapisem występu z Kostrzyna. "Przystanek Woodstock 2014" ukazał się już co prawda na rynku w ubiegłym roku w formie CD i DVD, ale tym razem do naszych rąk trafiła edycja na podwójnym winylu. Nie licząc faktu, że to dubel, jest to już czwarte wydawnictwo z zapisem koncertu w ciągu sześciu lat, drugie po "Symfonicznie" w dużym formacie.

Tracklista to solidny przekrój przez dyskografię zespołu. Pewnie, brakuje lubianych przeze mnie "Ekhart", "Listopada" czy "Pasażera", brakuje singlowej "Dalekiej Drogi Do Domu" czy "Zero Osiem Wojna", ale wszystkim dogodzić się nie da. Ważne natomiast, że Złoty Melon po raz kolejny stanął na wysokości zadania w temacie produkcji i wydania. Rejestracja jest dynamiczna, dźwięk solidny, a oprawa graficzna godna występu przed "tutaj wstaw liczbę podaną przez dane medium, czyli 300 czy 700 tysięcy ludzi".

Na punkcie Comy pomimo mojego krytykanctwa mam pewnego rodzaju fetysz. Tak, ciągle psioczę na różne rzeczy z nimi związane. Że wydali komercyjny album w czasie, gdy już tego nie potrzebowali. Że ów sukces przyszedł za późno, by mogli zdziałać wystarczająco dużo choćby w temacie tych koncertowych wydań ("Live" jest dla mnie nadal opus magnum w tym temacie, pomimo sterylnej reżyserki). Że Roguca solowa kariera i anglojęzyczne kawałki zespołu były niepotrzebne. Ale to nie zmienia faktu, że ciągle w swojej kategorii grupy grającej w klimatach post-grunge’owych nie mają konkurencji i pomimo wiernej grupy hejterów na stałe wpisali się także do kanonu polskiej muzyki rockowej, do czego zawsze z chęcią dokładałem swoją małą cegiełkę.

Marcin Kubicki