Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Budderside

Budderside - Budderside

Budderside

Wykonawca:

Budderside

Gatunek:

Rock

5 /10

Można chyba powiedzieć, że są dobrymi kumplami Lemmy'ego Kilmistera. To właśnie lider Motorhead uwierzył w nich jako pierwszy i zaprosił do nagrania płyty w swoim labelu Motorhead Music.

Konszachty na tym się nie kończą, bo produkcją "Budderside" zajął się Kilmister junior - Paul Inder, a gościnnie na płycie za struny poszarpał również Phil Campbell. Lider Budderside też postacią tak do końca anonimową nie jest. Pośpiewał w Adler's Appetite, a biogramy wspominają również o gościnnych występach z Quiet Riot i Velvet Revolver. Niemniej największym marzeniem Patricka Stone'a było założenie własnego bandu i stąd właśnie Budderside.

Niespełna 40 minutowy, debiutancki materiał pełen jest przeróżnych brzmień o nie do końca ukształtowanej stylistyce, bo zdaje się ten krążek dosłownie rzucać z jednego brzegu rockowo/metalowego grania na drugi. Budderside przypominają w tych roszadach i histerycznych zmianach napięcia Tenacious D wymieszanych z Avenged Sevenfold. Wystarczy dorzucić do tego obrzydliwą okładkę rodem z Z-klasowego science fiction i image oparty na podmalowanych oczach, tatuażach i minach zbitych kociaków, a tak nie bardzo chce się z tymi facetami obcować.

W istocie większa część płyty oparta jest na dość niekonsekwentnych speed/nu-metalowych brzmieniach z wycieczkami w stronę emo i metalcore ("Open Relationship"), momentami też grunge (takim numerem jest tu całkiem fajny "X-Girlfriend") a nawet indie rocka ("My Religion"). Zaczyna się wprawdzie od niezłego "Genocide", ale zaraz później pojawia się potworek "Ska Bra", którego powinno się zamknąć w klatce i karmić zsiadłym mlekiem. Nie lepiej jest w "Pain", który zdradza całą masę niezbyt ciekawych inspiracji Budderside - zresztą te mało smaczne nawiązania świadczą przede wszystkim o niewyszukanym guście muzyków. Trochę ciekawiej robi się przy akustycznym "Clear Blue Sky" - takie wstawki będą się jeszcze tu i ówdzie pojawiać. Ostatecznie najlepszym numerem jest chyba ten, w którym mieszają granie metalowe z gitarami akustycznymi - "Let This One Breathe" to wprawdzie piosenka połatana jak radomskie drogi, ale przynajmniej trzyma swój klimat i daje się przesłuchać bez większego zażenowania.

Nie do końca chce się wierzyć w tę muzykę Budderside. Bo niby goście zdają się cisnąć bekę z tego co grają, ale z drugiej strony sprawiają też wrażenie, że to może być jednak na poważnie. Gdyby byli bardziej jak Tenacious D a mniej jak Killswitch Engage, to pewnie słuchałoby się tej muzyki lepiej i można by to przełknąć bez popity. Tymczasem wyszło takie pomieszanie z poplątaniem, które ciężko ocenić poprzez pryzmat emocji jakie wywołuje, ale zdecydowanie łatwiej potępić za stylistykę i gatunki, którymi Budderside się inspirują. A to na pewno nie świadczy o ich najlepszym guście.

Grzegorz Bryk