Kup Magazyn Gitarzysta

Winter - New Model Army

Winter

Wykonawca:

New Model Army

Gatunek:

Rock

6 /10

Po spektakularnym albumie "Between Dog and Wolf" (2013) i niemniej ciekawym post scriptum do niego "Between Wine and Blood", New Model Army trochę stracili na impecie.

Grupa Justina Sullivana rodem z angielskiego Bradford na najnowszym krążku zatytułowanym po prostu "Winter" zarzuciła plemienną rytmikę ostatnich dwóch krążków, przestała też zabawiać się beztroskim punk rockiem z "High", a wróciła brzmieniem do czasów "Carnival", ale zagranego niemrawo, jak na słabiutkim "Today Is a Good Day". I choć płyta trwa niemal godzinę, to po prawdzie zespół miał pomysłów może na 20 bardzo dobrych minut.

Wybija się mocno punkowy "Burn the Castle", ponuro bluesujący "Drifts", "Born Feral" a i to wyłącznie dzięki plemiennej części perkusyjnej, interesujący jest też nowocześniej brzmiący "Devil" i początek oraz zakończenie płyty w postaci "Beginning" i "After Something", które kuriozalnie grają mało Sullivanowo, a przypominają raczej ostatnie płyty... Johna Portera, również w zmęczonym wokalu. Cała reszta krążka to numery najwyżej średnie i zapychacze, które miały za zadanie nabić parę dodatkowych minut. No właśnie, jak na takiej jakości materiał, New Model Army powinni koniecznie zrobić mocniejszą selekcję i wyciągnąć z "Winter" esencję - gdyby skrócić album do 40 minut, pewnie obraz całości prezentowałby się znacznie ciekawiej i bardziej różnorodnie.

Tymczasem płyta niemiłosiernie się wlecze, operuje zgranymi patentami i numerami bez polotu, mało angażującymi. Na pewno może podoba się dużo naturalniejsze, przybrudzone brzmienie krążka, podobnie jak coraz mocniej chrypiący wokal Sullivana, ale niezbyt ciekawe gitarzenie już dużo mniej. New Model Army zawsze sypali z rękawa piosenkami raczej prostymi, ale na "Winter" te banały zaczynają już przeszkadzać i wprowadzają w monotonię.

New Model Army po dwóch ostatnich wielkich momentach w swojej karierze chyba za szybko wzięli się za budowanie kolejnej opowieści. Nie znaleźli jeszcze wystarczająco dużo historii, by zbudować konkretną muzyczną odyseję. Być może grupa potrzebowała takiego krążka, fani też nie powinni mieć im za złe spadku formy. Nie od dziś wiadomo, że po burzy przychodzi spokój. Pozostaje czekać na kolejną zawieruchę.

Grzegorz Bryk