Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Rocks (Milestones Reloaded)

Rocks (Milestones Reloaded) - KMFDM

Rocks (Milestones Reloaded)

Wykonawca:

KMFDM

9 /10

32 lata to niezbyt okrągła rocznica i trochę naciągany powód do wydania jubileuszowej składanki, ale znany z bardzo dużej aktywności muzycznej KMFDM nie przepuszcza żadnej okazji, by puścić w świat kolejną porcję swojej muzyki.

I nie mam im tego za złe, bo niemieccy weterani i absolutni pionierzy industrialnego rocka zachowują żywotność i dobrą formę, nawet jeśli dziś pod szyldem KMFDM kryje się tylko małżeński duet Sascha Konietzko - Lucia Cifarelli. Nie zmienia to faktu, że z KMFDM wiąże się potężna tradycja, którą warto przypominać. To w końcu ów powstały w 1984 roku zespół należał do bardzo wąskiego grona kapel, które wprowadziły industrialny rock na salony, nawet jeśli to Ministry, czy zwłaszcza Nine Inch Nails osiągnęły ostatecznie znacznie większy sukces komercyjny. Nie wspominając o Rammstein, który to i owo u naszych bohaterów podpatrzył, a nawet supportował ich podczas trasy po Stanach, gdzie w 1997 to właśnie KMFDM był gwiazdą znacznie większego formatu. Być może to właśnie owa swoista niszowość pozwoliła kapeli osiągnąć kultowy status w tej stylistyce, jak też zachować przez lata ciągłość (z krótką, niespełna trzyletnią przerwą), witalność, niezmiennie wysoki stabilny poziom i jednolitość stylistyczną. Dowodem na to może być choćby "Rocks".

Trochę wbrew tytułowi nawiązującemu do kamieni milowych, na "Rocks" zabrakło kilku największych hitów, takich jak choćby "Juke Joint Jezebel" czy "Megalomaniac" - te można było znaleźć na wydanej sześć lat temu składance "Greatest Shit". "Rocks" koncentruje się na utworach wydanych już w XXI wieku z paroma wycieczkami w bardziej odległą przeszłość. Wycieczki te są jednak bardzo wybiórcze i obejmują zaledwie dwa z jedenastu krążków, które ukazały się przed 2000 rokiem - "Angst" z 1993 roku oraz trzy lata młodszy "Xtort". Szkoda, ale mając do dyspozycji 19 albumów studyjnych, wybór kompozycji może być trudny i z pewnością nigdy nie zadowoli wszystkich.

"Rocks" nie jest jednak klasyczną składanką, ponieważ w większości zawiera remiksy albo utwory mocno odświeżone brzmieniowo - najbardziej słychać to w jednym z najstarszych w zestawieniu "A Drug Against War". Dzięki temu płyta brzmi bardzo spójnie i równo, i właściwie mogłaby - zwłaszcza przez okazjonalnych słuchaczy KMFDM - zostać potraktowana jako kolejny regularny album studyjny duetu. Mam zresztą wrażenie, że właśnie takie były intencje grupy. Jedynie niewielka część tracklisty składa się z pierwotnych wersji utworów - należą do nich np. reprezentujące przedostatni album "Kunst" z 2013 r. kompozycja tytułowa oraz "Animal Out".

Wydawać by się mogło, że ponowne prezentowanie tak świeżych numerów nie ma sensu albo jest cynicznym zapychaniem programu płyty, jednak zwłaszcza retrospektywny "Kunst", umieszczony na otwarcie "Rocks" świetnie pasuje do konceptu jubileuszowego krążka. Jego tekst składa się bowiem z tytułów wcześniejszych utworów i płyt zespołu (co ciekawe, dokładnie ten sam patent zastosował Rammstein w odgrywanym podczas ostatniej trasy koncertowej nowym utworze "Ramm 4"), nawiązuje do 29-letniego wówczas stażu na scenie, a także wyjaśnia akronim KMFDM w znany fanom zespołu sposób, który raczej nie spodobałby się ekipie Depeche Mode.

"Kunst" zawiera również wszystkie elementy charakterystyczne dla duetu - niesamowitą chwytliwość kompozycji, podkład oparty na mocnym beacie oraz doskonale brzmiące, potężne riffy gitary, jest zatem czymś w rodzaju KMFDM w pigułce. Wyznacza również stylistyczny kierunek "Rocks", który zgodnie z tytułem jest być może najmocniejszym i najbardziej rockowym albumem w dyskografii zespołu. Niemcy zawsze balansowali między electro i tanecznymi ciągotami a mocnym brzmieniem opartym na masywnych, a jednocześnie wpadających w ucho partiach gitary, czyli elemencie, który na komercyjne wyżyny wyniosło Ministry na swoim epokowym "Psalm 69". Nieprzypadkowo wspominam tu o ekipie Ala Jourgensena, łatwo bowiem zauważyć wzajemne podobieństwo na przykład w mknącym z prędkością światła "A Drug Against War" (obecnym tu w dwóch wersjach). A przecież z drugiej strony do tańca zapraszają "Tohuvabohu" czy zremiksowany "Son of A Gun", a dubowe klimaty przywołuje "WWIII".

Na "Rocks" doskonale słychać zatem ową charakterystyczną, dwoistą electro-rockową naturę zespołu, jednak z wyraźnym wskazaniem na mocniejsze brzmienie. Wydaje się więc, że wszystkie założenia Saschy i Lucii zostały zrealizowane. "Rocks" to wizytówka KMFDM, płyta od której nowi fani mogą z czystym sumieniem rozpocząć swoją przygodę z muzyką zespołu, a starzy bez wstydu umieścić na półce - nawet gdy posiadają wszystkie wydania regularnych krążków. Album brzmi świeżo i nowocześnie, a co więcej dowodzi, że KMFDM w pełni zasłużył na swój legendarny status i w niczym nie ustępuje nawet bardziej docenianym nazwom. 14 utworów bardzo dobrej roboty.

Szymon Kubicki