Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Divine Touch

Divine Touch - Black Mad Lice

Divine Touch

Wykonawca:

Black Mad Lice

8 /10

Polska scena potrafi zaskoczyć i najlepszym tego dowodem jest debiut płockiej grupy Black Mad Lice.

Muzycy hołdują szwedzkiej szkole metalowego rzemiosła, co szczerze mówiąc wychodzi im nadspodziewanie dobrze. Mało tego, z rozmowy, której zapis możecie przeczytać na naszej stronie, wynika, że mazowiecki kwartet tworzą skromni, ale świadomi własnej twórczości ludzie, mający jeden cel - grać wściekły, melodyjny metal.

Na "Divine Touch" uwagę zwraca przede wszystkim fantastyczny balans między naturalnością brzmienia a jego dostosowaniem do obecnych standardów. Druga sprawa, młodzi muzycy często wpadają w sidła metalcore’a, którego na upartego można by się tu doszukiwać, aczkolwiek nie w tym przypadku, gdyż bardzo okazyjne spuszczanie z tonu i wprowadzanie czystych wokali stanowią jedynie przysłowiową wisienkę na torcie. Wielbiciele takich zabiegów nie będą zadowoleni, ale lepiej żeby panowie udanie wplatali rzeczy decydujące o wyjściu poza podręcznikowy melo death, niż żeby wpadli w pułapkę schematów zwrotka-przebojowy refren. Trzecia sprawa, kwartet tworzą naprawdę bardzo sprawni muzycy, a biorąc pod uwagę raptem jedno "wiosło" w składzie, Mateusz Szulborski powinien dostać jakąś nagrodę za kreatywność. Zapamiętywalnych riffów nie brakuje, wszak sama stylistyka do tego zobowiązuje.

"Boski dotyk" ma jednak swoje wady. Lwia część materiału to naprawdę szybkie strzały i rad byłbym gdyby między perkusyjnymi kanonadami znalazło się miejsce na oddech, zabawę nastrojem. Mateusz wspominał, że to, co słyszymy jest dokładnym odzwierciedleniem bardziej imprezowych (koncertowych?) fascynacji członków zespołu, stąd tak intensywny charakter płyty. Nie pozostaje nic innego jak to zaakceptować. Dawno nie otrzymałem takiej chłosty i nie jest mi z tym źle. Zalecam słuchanie głośno i w wiadomym nastroju. Czy często? Niekoniecznie, ponieważ w tym szaleństwie można się zatracić i zapomnieć o tym, że to tylko kopia, choć cholernie udana.

Na koniec krótko: poszukiwania rasowego melo death w Rzeczypospolitej przeważnie nie przynosiły skutku. Byli śmiałkowie, którym wychodziło to raz lepiej, raz gorzej, ale o Unquadium i Serpentii wszyscy zapomnieli, a The Sixpounder bawi się w nowoczesność. Ergo, drogi czytelniku, jeśli nie obce ci dźwięki starego In Flames, uwielbiasz Dimension Zero, a przebojowość a’la Blood Stain Child bynajmniej cię nie odrzuca, debiutancki krążek Black Mad Lice jest czymś czego szukałeś.

Grzegorz Pindor