Kup Magazyn Gitarzysta

Strona główna / Muzyka / Recenzje / Blue & Lonesome
Blue & Lonesome - The Rolling Stones

Blue & Lonesome

Wykonawca:

The Rolling Stones

Gatunek:

Blues

10 /10

Być może sami Stonesi, wydając "Blue & Lonesome" nie oczekiwali aż tylu pochwał. Być może nie spodziewali się, że niektórzy okrzykną ten album najlepszym dziełem zespołu od kilku dekad. A przecież to tylko płyta z coverami. No właśnie, czy naprawdę 'tylko'?

Technicznie rzecz biorąc to oczywiście prawda. Brytyjczycy sięgnęli do swych winylowych kolekcji, odkurzyli kilku bluesowych artystów, między innymi Little Waltera, Howlin' Wolfa czy Willie Dixona, którymi inspirowali się w zamierzchłych czasach i nagrali własne wersje dwunastu korzennych kompozycji. Czym tu właściwie się podniecać? Jednak sprowadzenie "Blue & Lonesome" tylko do poziomu zwykłej kompilacji cudzesów byłoby równie głupie i nieuzasadnione, co zrównanie diamentu z bryłką węgla; dlatego już na wstępie muszę zaznaczyć, że wszelkie zachwyty dotyczące nowego krążka Stonesów, jakie dotrą do Waszych uszu, są zasadniczo prawdziwe. I tak, zgadzam się, że żadna płyta kwartetu od wielu lat, być może nawet od "Sticky Fingers" z 1971 roku nie okazała się równie dobra. A przynajmniej, nie dostarczyła mi aż tak wielkiej porcji czystej radości.

Mick Jagger zauważył, że taki album jak "Blue & Lonesome" powinien powstać w 1963 albo 1964, ale wówczas nie mógłby brzmieć tak samo, ponieważ stanowi on odzwierciedlenie chwili i miejsca, w których się narodził. Oficjalny przekaz głosi bowiem, że kapela nie tylko nagrała nową płytę 'przypadkiem', pierwotnie zupełnie tego nie planując, na dodatek z gościnnym udziałem Erica Claptona, który również 'przypadkiem' pracował nad swoją muzyką w studio obok (i w efekcie zagrał w "Everybody Knows About My Good Thing" i "I Can't Quit You Baby"), ale również, że to wszystko zajęło tylko trzy dni.

Muzycy znaleźli się w studio, by nagrać kilka nowych kawałków, gdy w ramach przerwy 11 grudnia 2015 roku Keith Richards rzucił po prostu ‘zagrajmy "Blue & Lonesome". I zagrali, a trzeźwo myślący inżynier dźwięku zarejestrował to na taśmie (właśnie ta wersja znalazła się na płycie). Wszyscy poczuli, że stali się świadkiem czegoś wyjątkowego, więc producent, Don Was, zaproponował ‘zagrajmy jeszcze jeden’… A zatem trzy dni i voila! Album gotowy. Bez dogrywek, czyli w sposób, w jaki nie powstał żaden inny krążek Stonesów, włącznie z debiutem z 1964 roku. Trzy dni na zamknięcie magicznego, bluesowego dżina w butelce. Na takie rzeczy mogą sobie pozwolić tylko Stonesi i być może tylko w ich przypadku okazało się to najlepszą możliwą metodą.

"Jeśli nie znasz bluesa, nie ma nawet sensu, żebyś chwytał za gitarę i grał rock and rolla, czy jakikolwiek inny rodzaj muzyki popularnej." (Keith Richards)

Podstawowym kryterium doboru materiału było sięgnięcie po kompozycje, których Stonesi wcześniej nie grali oraz zróżnicowanie tempa i charakteru utworów. Zwłaszcza ten drugi aspekt jest na tym albumie szczególnie widoczny. Zespół prezentuje wiele twarzy bluesa, każda piosenka brzmi inaczej i nie dotyczy to tylko utworów różnych autorów. Na przykład tradycyjny, snujący się niczym papierosowy dym tytułowy "Blue and Lonesome" prawie niczym nie przypomina jednego z najbardziej przebojowych, wybranego na promocyjnego singla "Hate to See You Go", a przecież pod obydwoma podpisał się Little Walter. Prawie niczym, w końcu w obydwu utworach nieszczęśliwy bohater chce, by - odpowiednio - ukochana do niego wróciła albo go nie opuszczała, zatem życiowy dramat wisi w powietrzu.   

"Tu nie chodzi o technikę, tylko o emocje. Odzwierciedlenie ich w muzyce jest jedną z najtrudniejszych rzeczy." (Charlie Watts)

Zdaniem Dona Wasa wszystko, co czyni The Rolling Stones wyjątkowym zespołem, jest słyszalne na "Blue and Lonesome". Nie mogę się z nim nie zgodzić. Wciąż nie mogę też wyjść z podziwu, jak naturalnie, organicznie i niezwykle szczerze brzmi ten krążek. Z jak ogromnym szacunkiem i pieczołowitością, a jednocześnie spontanem i słyszalną w każdym dźwięku radością ci starsi panowie podeszli do tematu. Rzecz jasna fakt, że The Rolling Stones potrafią grać bluesa, nie jest żadną tajemnicą. Na klasycznych płytach Brytyjczyków można przecież odnaleźć autentyczne perełki tego gatunku, w dodatku perełki ich autorstwa. Szkoda tylko, że od lat do bluesowej szuflady właściwie nie zaglądali. Aż do teraz.

I może właśnie teraz był na to najlepszy moment. Blues opowiada przecież o życiu, o wszelkich jego aspektach, również tych jasnych, a przy tym żaden inny gatunek nie kojarzy się tak mocno z doświadczeniem i podeszłym wiekiem wykonawców. Może właśnie dlatego przekroczony siódmy krzyżyk na karkach Micka, Keitha i Charliego (młodzieniaszek Ronnie Wood do 70 dociągnie dopiero w czerwcu tego roku) najlepiej predestynował ich do powrotu do bluesowego dziedzictwa? I może dlatego "Blue & Lonesome" brzmi tak dobrze i tak bardzo prawdziwie?

Szymon Kubicki