Kup Magazyn Gitarzysta

HellWood - Hunter

HellWood

Wykonawca:

Hunter

Gatunek:

Heavy metal

9 /10

Cztery długie lata metalowi hippisi z Mazur kazali czekać Nam na następcę wydanego w 2005 roku, niezwykle udanego albumu "T.E.L.I..." - płyty, która swego czasu wywarła na mnie KOLOSALNE wrażenie...

Przez całe życie podczas słuchania muzyki zaledwie 3 razy po plecach przeszły mi przysłowiowe, autentyczne "ciary" - po raz pierwszy przy pierwszym kontakcie z płytą "Nine Lives" Aerosmith, która sprawiła, że zacząłem słuchać muzyki rockowej; po raz drugi przy okazji pierwszych taktów "Be Quick or Be Dead" Iron Maiden, kiedy zrozumiałem, dlaczego heavy metal jest "Heavy" i wreszcie po raz ostatni, kiedy usłyszałem rozbrzmiewający na tle solidnego riffu refren tytułowego utworu z płyty "T.E.L.I…" wykrzyczany przez Pawła "Draka" Grzegorczyka. W związku z powyższym nietrudno się domyślić, że nadzieje, oczekiwania, oraz pewne obawy, które wiązałem z zapowiadanym już od pewnego czasu czwartym (nie licząc wypełnionego coverami i koncertowymi wersjami znanych hitów albumu "HollyWood") studyjnym albumem zespołu Hunter z czasem stały się nieporównywalnie większe, niż w przypadku jakiejkolwiek innej spośród moich ulubionych metalowych załóg. I oto jest - światło dzienne ujrzało właśnie najmłodsze dziecko szczytnieńskiej kapeli - "HellWood"…

Po raz pierwszy z twórczością Huntera zetknąłem się oglądając relację z festiwalu "Przystanek Woodstock" w 2002 roku w telewizyjnej "Dwójce". Pomiędzy fragmentami występów mniej (Kangaroz, Blitz) lub bardziej kultowych (Sweet Nosie, Pidżama Porno, Hey) przedstawicieli polskiego rocka wyemitowany został -mogący się już dzisiaj poszczycić mianem legendarnego - utwór "Freedom", opus magnum zespołu z debiutanckiej płyty "Requiem". Old-schoolowy thrash, cięte riffy, mocny bas i charyzma lidera, czyli "to, co maniacy lubią najbardziej" z miejsca trafiły do mojego rockowego serducha. Od tego czasu jestem z zespołem na dobre ("Requiem", "T.E.L.I…", żywiołowe koncerty) i na złe  (szok po pierwszym przesłuchaniu wyczekiwanego drugiego albumu studyjnego "Medeis, po którym miałem bardzo mieszane uczucia i tylko jedno pytanie "gdzie jest THRASH?" - koniec końców przekonałem się i do tej płyty, a "Kiedy umieram" to bezapelacyjnie mój ulubiony polski utwór obecnego dziesięciolecia). I chociaż z prostych obliczeń: 1 płyta - GENIUSZ, 2 płyta - chmm…, 3 płyta - GENIUSZ, wychodziło mi, że nadchodzą gorsze czasy (patrz teoria "Cykli koniunkturalnych"), mogę z pełną odpowiedzialnością za swoje słowa stwierdzić, że Huntersi to zdolni chłopcy, ale mają awersję do nauk ścisłych: matematyka nie sprawdza się w tym przypadku, czyli inaczej mówiąc: HELLWOOD RZĄDZI!

Jeżeli ktokolwiek spośród tzw. "starych fanów" (=ortodoksów) zespołu miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości odnośnie Huntera po wybitnie niethrashowych "Medeis" i "T.E.L.I…", to może już sobie dać spokój z obrażaniem się - "HellWood" to płyta, która łączy, nie dzieli - to swoisty most pomiędzy tradycją a nowoczesnością. Nowy album to danie wieczoru rodem z kuchni pięciogwiazdkowego hotelu, wykwintna zupa, do której trafiają tylko najlepsze, starannie skomponowane składniki. Mamy tutaj do czynienia ze swoistym mariażem epickiego heavy (promujący płytę "Labirynt Fauna") i Speed Metalu (doskonała, rozpędzona "Armia Boga" charakteryzująca się intensywnością porównywalną z najszybszymi i najostrzejszymi utworami amerykanów z Iced Earth - zdecydowany numer 1 albumu) z elementami ballady (zaskakujące "Cztery wieki Później"), reggae (czy też, jak ustaliliśmy w rozmowie z drakiem - necroreagge), death (perkusyjne blasty w "Duchu Epoki"!), nu-metalu (klasyczny nowometalowy riff z "TshaZshyC", który w lekko zmodyfikowanej wersji możemy odnaleźć np. w utworze "Chylińska" pochodzącym z solowej płyty "Winna" Agnieszki Chylińskiej) i posępnego ghotic/doom metalu (zaśpiewany z iście aktorskim zacięciem majestatyczny, kroczący "Arges"). Zespół jednocześnie robi tutaj wyraźny krok w kierunku wspomnianych starych, towarzyszących Hunterowi od samego początku fanów - pojawiają się klimatyczne, rozbudowane formy solowe (na szczególną uwagę zasługuje tutaj szczególnie solo Draka z "Armii Boga" przywodzące na myśl jego epickie sweepy z "Freedom"), nad całością unosi się wyraźnie wyczuwalny duch starego, dobrego thrashu ("pyszny", bujający riff w "Straszniku" przywodzący na myśl charakterystyczną rytmikę Megadeth z okresu "Countdown to Extinction" czy klasyczne, gitarowe "wiertarki" w "Śmierci Śmiechu"). Olbrzymia w tym wszystkim zasługa nowego pałkera, znanego z epizodów w Dimmu Borgir i Vader - Darka Brzozowskiego, któremu niestraszne nawet najszybsze tempa i Michała Jelonka, którego skrzypcowe motywy dozowane w odpowiednich ilościach przydają "HellWood" znamion muzyki filmowej. Ogólnie rzecz ujmując - płyta jest bardzo intensywna, co podkreśla dodatkowo brzmienie o bardzo wysokiej (nie tylko jak na polskie standardy) jakości. Ale chyba nic dziwnego - w końcu, jak stwierdził Drak podczas niedawnego koncertu w trakcie imprezy pt. "Ursynalia" w Warszawie - "to nie są rurki z kremem, to jest HEAVY METAL".

Osobna sprawa to teksty - tym razem Drak zrezygnował z polityki (jak sam mówi, "odkąd przegoniliśmy poprzednią ekipę rządzącą, wydaje się, że wszystko wraca do normalności") na rzecz tematyki filmów grozy. Nieco drażnić może fakt, że w 90% liryków pojawia się charakterystyczny dla Draka zwrot "JA jestem TYM, który jest(…)" (w końcu większość utworów to historie opowiadane ustami ich bohaterów, ot chociażby starego dziadka Draculi), wydaje się jednak, że sam Drak stara się walczyć z ich patetyzmem, chociażby poprzez swoistą, zamierzoną autoparodię w "Śmierci Śmiechu" ("To nadszedł TEN, który jest, WŁAŚCIWIE to jest… ONA, więc przyszła TA…"). Rozwija się również warsztat wokalny Draka - od delikatnego śpiewu w "Cztery Wieki Później", poprzez zamykające płytę "Zbawienie", w którym Drak chwilami "ryczy" niczym Tomek Lipnicki za "starych, dobrych" czasów Illusion, na wściekłym wrzasku (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) w końcówkach "Śmierci Śmiechu" (i znowu pojawiają się ciarki na plecach!) i "Armii Boga".

Reasumując - po raz kolejny Hunter stanął na wysokości zadania nagrywając równy, świetnie brzmiący album pozbawiony jakichkolwiek zbędnych wypełniaczy. Dodatkowo, biorąc pod uwagę wyjątkową różnorodność stylistyczną, kilka naprawdę ciekawych melodii, nienaganny warsztat techniczny muzyków i wyjątkowy progres, jaki zespół poczynił w stosunku do "T.E.L.I…" (które przecież genialną płytą jest!) mamy kompletny obraz albumu, który ma olbrzymie szanse na uzyskanie tytułu "metalowej płyty roku 2009".

Michał Czarnocki