Kup Magazyn Gitarzysta

Strona główna / Muzyka / Recenzje / Enter Oblivion
Enter Oblivion - Glasgow Coma Scale

Enter Oblivion

Wykonawca:

Glasgow Coma Scale

Gatunek:

Post-rock

9 /10

Zaskakująco udany i wręcz pachnący świeżością post-rockowy debiut prosto z Frankfurtu. Siedziba bandu może wprowadzać nieścisłości, dlatego od razu sobie wyjaśnijmy - 2/3 tria to nasi rodacy, bracia Kowalscy, a dopełnia ich niemiecki perkusista Helmes Bode.

Dodajmy jeszcze, że w nazwie jest coś na temat największego szkockiego miasta i robi się wyjątkowo międzynarodowo. Jak natomiast wiadomo najbardziej uniwersalnym językiem jest muzyka, toteż Glasgow Coma Scale dmuchają na zimno, wolą unikać nieporozumień i grają czysto instrumentalnie. Gdyby dłużej zastanowić się nad znaczeniem nazwy zespołu, to natrafimy na pojęcie Skali Glasgow (ang. Glasgow Coma Scale) - terminu medycznego odnoszącego się do badania oceny świadomości pacjenta.

Tak to już jest, że granie instrumentalne niejako wymusza jak największą ilustracyjność muzyki, jeśli natomiast obracamy się w obszarze post-rocka, to bandy najczęściej obrazują swoją muzyką kosmiczne pejzaże, zakątki rodem z dzieł fantasy oraz wędrówkę w głąb ludzkiej podświadomości. Glasgow Coma Scale mają wyjątkowo mocne papiery na malowanie dźwiękiem zmyślnych obrazów przenoszących słuchacza w głąb siebie, bo w ich muzyce aż roi się od psychodelicznych akcentów i ambientowych sztuczek. Może nie jest to jeszcze muzyczna ilustracja tripu po LSD rodem z "Voyage 34" Porcupine Tree, ale Kowalscy i Bode bez wątpienia malarzami są nieprzeciętnymi.

Powiedzmy sobie, że jak na trio natężenie i siatka dźwięków jest tu wyjątkowo zwarta. Helmes Bode to świetny perkusista, który posiada mocne referencje do grania hard rocka, bo jego rytmy są odpowiednio masywne do post rocka, ale również rozszalałe na modłę hard rocka. Marek Kowalski, basista, stanowi pierwszorzędny pomost pomiędzy rytmiką i poczynaniami swego brata, gitarzysty. To on spaja całość kompozycji w zwarty monolit. No a Piotr Kowalski serwuję całą gamę hardrockowych riffów, budujących przestrzeń, potraktowanych pogłosem gitarowych warkoczy, a wreszcie dosłownie hipnotyzuje zapętlonymi zagrywkami.

Glasgow Coma Scale najbardziej podobają się dlatego, że stają w bezpiecznej odległości od toporności i ślamazarności charakterystycznej dla większej części post-rockowej sceny, a są dużo bardziej hard rockowi, co dodaje ich muzyce rześkości, prędkości i pazura. Ten hard rockowy rozpęd wcale nie zatraca post-rockowej ilustracyjności muzyki zespołu. Zresztą "Enter Oblivion" ma swoją atmosferę, charakterystyczną barwę jaką wpompowano w brzmienie instrumentów i ogólnie kawałków. To od razu pozwala zidentyfikować kapelę w zalewie całej masy sobie podobnych zespołów. Glasgow Coma Scale niezwykle precyzyjnie zindywidualizowali swoje brzmienie, nadając mu charakterystyczny ton.

Pewnie dlatego też ciężko wyłuszczyć z "Enter Oblivion" jakąś perełkę, rzecz, która robiłaby za wizytówkę zespołu. Album jest po prostu kapitalnie dograny i równy. Gdyby jednak ktoś przystawił mi broń do skroni i kazał sypać tytułami, to odesłałbym do zatraconego w oniryzmie i pełnego przestrzeni "Southern Crosses", który w swojej drugiej części zapędza się w smakowite rejony space-rocka. Drugim byłby otwierający album, hipnotyzujący kawałek "Sonda" mający w sobie sporo z zarówno space, jak i rocka psychodelicznego - oczywiście wszystko to w stylistycznych widełkach post rocka. A taki przykładowo "Birthland" potrafi nawet porządnie zaryczeć metalowymi gitarami.

Ogólnie jednak "Enter Oblivion" wypchany jest muzyką, która mogłaby śmiało rywalizować z pierwszą ligą naszej, fantastycznej przecież, post-rockowej sceny z Tides from Nebula czy Besides na czele. Glasgow Coma Scale to band z olbrzymią muzyczną wyobraźnią i wyczuciem atmosfery, a opowieści które budują są odpowiednio elektryzujące. I jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to więcej wysiłku można było włożyć w produkcję, która jest nieco zbyt surowa. W żadnym razie nie jest zła, ale gdyby zadbać o większą selektywność i zrobić nieco przestrzeni pomiędzy instrumentami, to wyciśnięto by z tego materiału jeszcze dużo więcej dobroci.

Nie zmienia to w niczym mojego zdania o Glasgow Coma Scale. To kapitalny debiut, uderzenie z wysokiego C, potężny prawy prosty wymierzony w post rockowego słuchacza. Trio wytoczyło działa ciężkiego kalibru, a co najważniejsze, potrafi z nich tłuc aż ziemia drży. Poza tym jak to jest wydane! Już nawet machnijmy ręką na świetną grafikę z okładki, ale w połączeniu z edycją na pomarańczowym, prześwitującym winylu robi piorunujące wrażenie! "Enter Oblivion" nie dość, że gra świetnie, to jeszcze prezentuje się tak, że opada szczęka.

Grzegorz Bryk