Kup Magazyn Gitarzysta

Strona główna / Muzyka / Recenzje / Rapid Foray
Rapid Foray - Running Wild

Rapid Foray

Wykonawca:

Running Wild

Gatunek:

Heavy metal

7 /10

Rolf Kasparek długo milczał i w zasadzie dał o sobie zapomnieć.

Jeden z filarów heavy metalu, jakim jest Running Wild jest zespołem równie zjawiskowym, co skazanym na niepowodzenia ze względu na ego lidera. Końcówka ubiegłego wieku i liczne dziwne ruchy marketingowe już w nowym millenium nie dodawały ekipie wiatru w żagle. W zasadzie ciężko mówić o ekipie, bo to one-man-show, zastygły w czasie. Nic więc dziwnego, że zainteresowanie niemieckim gigantem ze strony mediów (i fanów) zeszło na dalszy plan. Sprawca zamieszania działa według swoich zasad, więc wieść o kolejnym opusie "Rapid Foray" pojawiła się znikąd i równie szybko zniknęła w gąszczu ubiegłorocznych premier. A to błąd, bo kto jak kto, ale mózg Running Wild wie jak grać heavy metal. Oj, wie…

Zanim jednak wyleję wiadro pochwał, kilka słów o samym Kasparku. To, że ten projekt ugrzązł w miejscu to tylko jego własna zasługa, a kolejne płyty nagrywane w iście vaderowskim stylu, czyli generał + ewentualnie dodatkowy muzyk, nijak nie przysparzały Rolfowi animuszu. Mało tego, od kiedy zbratał się z automatem perkusyjnym każde kolejne dzieło brzmiało sztucznie, wtórnie, a przede wszystkim bez werwy. Wiem, że heavy/power to zlepek patentów, nieważne czy mówimy o gitarach czy sekcji, ale człowiek za zestawem jest w stanie zrobić różnicę, a żeby daleko nie szukać, wiedzą o tym krajanie z Rage. Niefortunnie automat oraz cuda najnowszej techniki stały się Kasparkowi bliższe niż kontakty z ludźmi - nawet tymi z najbliższego otoczenia - stąd nie oszukujmy się, kolejne płyty Running Wild brzmią oszczędnie i trochę zbyt sztywno. Jest jednak światełko w tunelu, bo mimo iż "Rapid Foray" nagrano dokładnie w taki sam sposób, lwia część numerów naprawdę tętni życiem. Przyznaję, że po prostu jaram się tym krążkiem, bo to retro w pigułce. Takie jakiego heavy trzeba.

Szesnasty pełny album grupy ma chyba najwięcej wspólnego z wydanym blisko dwadzieścia lat temu "The Rivalry". Mam tutaj na myśli sam klimat utworów, ich tempa i prostą, momentami niemal hard rockową strukturę. Rolf nie musi się ścigać, nie musi też pisać kolejnych hymnów w stylu "Death or Glory", wystarczy, że umiejętnie zadba o nastrój i będzie dozował kolejne ostre riffy, a wszystko będzie dobrze. To dlatego takie utwory jak "Stick to Your Guns" czy "Black Bart" są najjaśniejszymi punktami krążka - bo choć rozwijają się leniwie, nastrojem i odpowiednio dobranymi dźwiękami wypełniłyby płyty znacznie popularniejszych zespołów.

Nie chcę, żeby ten tekst był laurką dla Kasparka, ale "Rapid Foray" słucha się na tyle dobrze, że zapominam o opusach Lancer czy Hammerfall. Mniej czasem znaczy więcej, i choć krążek trwa niemal godzinę, tak każdy kolejny temat ma tutaj swoje znaczenie. Można by rzec, że album to monolit, ale tak niestety nie jest. Jeśli już zaliczać wpadkę, to na jedenaście minut "The Last of Mohicans", podczas których Rolfie poległ z kretesem. Kasparek nigdy nie umiał pisać tak długich historii i nie inaczej jest tym razem. Zatem ocena w dół, ale głowa w górę.

Grzegorz Pindor