Kup Magazyn Gitarzysta

Obituary - Obituary

Obituary

Wykonawca:

Obituary

Gatunek:

Death metal

8 /10

Obituary prezentuje dziesiąty w swojej dyskografii krążek.

"Slowly We Rot" czy "Cause Of Death"? Takie pytanie postawiłem przy okazji recenzji poprzedniego wydawnictwa Amerykanów. Pasuje ono nawet w szerszym kontekście, bo odnosi się do kondycji legend ekstremalnego młócenia. Zadaję je przy okazji premier kolejnych produkcji weteranów sceny death metalowej. Jedni trwają nieprzerwanie, inni reaktywowali się wyczuwając koniunkturę. Bywa, że z oryginalnego składu zostaje najwyżej jedna osoba, ale magia nazwy działa. Ilu potrafi jednak zaproponować coś świeżego? Materiał, który jakością chociaż trochę zbliży się do tytułów znajdujących się w kanonie lektur obowiązkowych? Morbid Angel od lat rozmienia się na drobne. Entombed rozpadł się na kawałki. Pestilence wydaje płyty skrojone na miarę. Deicide to przeważnie cień samego siebie. Z drugiej strony mamy Immolation, Asphyx, Autopsy, Incantation, Cannibal Corpse czy Grave, którzy raczej nie zawodzą. A jak ma się sprawa z naszymi bohaterami z Florydy?

Obituary chude lata ma - zdaje się - za sobą. Nie licząc nikomu niepotrzebnego ubiegłorocznego live albumu "Ten Tousand Ways To Die" mają się całkiem dobrze. "Inked in Blood" było udanym powrotem po kilku latach milczenia. Formacja przechodziła wtedy trudny moment swojej historii. Niewielkie roszady w składzie, kłopoty ze znalezieniem wydawcy. Wreszcie rynek zmusił zespół o takim statusie do zbiórki pieniędzy w Kickstarterze, żeby rejestracja "Inked in Blood" była w ogóle możliwa. Udało się, Relapse wzięło ich pod swoje skrzydła i trup ożył. Na dodatek nie snuł się jak w "The Walking Dead", tylko atakował z impetem niczym nieumarli w "Train To Busan" czy "World War Z". Ratuj się kto może.

33 minuty. Tyle ma najnowsze dziecko o niewyszukanym imieniu "Obituary". Dla mnie ta muzyka to powrót do lat szczenięcych. Do ostatnich hurtowni z pirackimi taśmami i pierwszych licencyjnych kaset sprzedawanych w różnych budkach i punktach w Warszawie. Do czasów kiedy z każdą taśmą biegło się do domu z wypiekami na twarzy, bo nowa muzyka, nowe brzmienie, a wszystko tak dobre. Od Stanów, przez Holandię, Polskę do Szwecji. Micha się cieszyła. Tak samo się cieszy, kiedy słucham teraz najnowszego Obituary.

Powiedzieć, że zespół drepcze w miejscu to nic nie powiedzieć. Oni są niereformowalni, nie zamierzają nawet udawać, że gdzie indziej czuliby się lepiej. I mi z nimi jest po drodze. Odpowiada mi ten muzyczny skansen. Jak chcę się zanurzyć we wspomnieniach zawsze wiem, pod jaki adres się udać. Nie ma sensu na nowo wymyślać koła. Słuchając "Obituary" łatwo zrozumieć, czemu kochają ich metale, czemu hardcorowcy. Mają niepowtarzalny groove, potrafią się pięknie rozpędzić, uderzyć lewym prostym, ale też cudownie zwolnić i przejechać walcem w średnim tempie. Wrzucić tu i ówdzie wykoślawione solo, które z miejsca teleportuje nas w lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku. Bębny precyzyjnie wbijają kolejne gwoździe do trumny, a my już leżymy w środku nie mogąc się doczekać podróży. Ich wersja death metalu na celticfrostowych resorach chwyciła lata temu i pozostaje aktualna. Wciąż ma swój urok. Chwilami brzmi to prymitywnie, ale czyż nie o to właśnie chodzi? W prostocie siła. Żadna elegancja Francja.

Ciężko wskazać jakiś wyróżniający się numer, tak samo, jak trudno znaleźć kawałek, który by odstawał od reszty. W każdym jest coś, o co można ucho zaczepić. Gdy temat z "Betrayed" wkręci się w głowę, to nie sposób się go pozbyć. Można jedynie zamienić na inny, choćby "Turned To Stone", "Brave" "Sentence Day", właściwie dowolny z "Obituary".

W moim przypadku czynnik sentymentalny odgrywa niemałą rolę w kontekście odbioru tego materiału. Ciekaw jestem reakcji kogoś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę z metalem ekstremalnym. Czy cieszyłaby go ta muzyka, tak jak mnie? Nie ma rewolucji, ani ewolucji. Jest stagnacja. Proces powolnego gnicia. I dobre, proste numery. Mi to wystarcza.

Sebastian Urbańczyk