Kup Magazyn Gitarzysta

Dead - Das Moon

Dead

Wykonawca:

Das Moon

Gatunek:

Pop

9 /10

Warszawski Das Moon serwuje trzeci i bodaj najlepszy w swojej karierze album "Dead".

Czarujące stroboskopową elektroniką trio, w którego skład wchodzi wokalistka-poetka Kamila Janiak (m.in. tomiki: "frajerom śmierć i inne historie" i "kto zabił bambi?") oraz muzycy Grzegorz Szyma (aka DJ Hiro Szyma) i Marek Musioł (aka Musiol) oddają w ręce słuchacza piekielnie mocną porcję muzyki obleczoną w ociekające krwistą czerwienią opakowanie. I doprawdy ciężko kryć zachwyty.

Muzyka jest z jednej strony duszna, skąpana w atmosferze industrialnej, mrocznej elektroniki, z drugiej pełna erotycznego napięcia. Nieco wycofane w stylu Sonic Youth wokale absolutnie fantastycznej i pociągającej Kamili Janiak aka Daisy Kowalsky są seksowne w niebezpiecznym znaczeniu tego słowa, jak w filmach Gaspara Noego, przeciśnięte przez pojęcie zblazowanej femme fatale i francuskich poetów dekadenckich. Gaspar Noe to zresztą niezły trop biorąc pod uwagę, że w jego obrazach zawsze aż skrzy się od ostrych, nienaturalnych, neonowych kolorów - jak w "Drive" Nicolasa Refna. Das Moon idealnie wkomponowaliby się w taką przejaskrawioną, synth popową, nieco dark electro ze sporą domieszką new wave, stylistykę. Tło otłukuje mocny bit, wokół barwami plują syntezatory - zarówno budując gęste tło ciągnącymi się w nieskończoność, ambientowymi akordami, jak i nieomal stroboskopowymi, ostrymi dźwiękami. Pięknie tu grają i uzupełniają się inspiracje Depeche Mode, Eurythmics i Kraftwerk.

Musi podobać się to, jak Das Moon wzbogacają swoją twórczość wątkami pozamuzycznymi. Przecież w "Rain" przejście z odgłosów deszczu do ckliwych, neonowych klawiszy jest doskonałe i idealnie buduje charakter numeru. Podobny zabieg świetnie zagrał w posępnym "Forest" zakończonym odgłosami gościnnego saksofonu Tomka Świtalskiego (Kryzys, Brygada Kryzys) rodem ze skąpanych w deszczu filmów Pasikowskiego (choć przypomnijmy, że Lorenc stawiał raczej na trąbki). Z drugiej strony jest na tej płycie również dyskotekowa łupanka "Locust", która sąsiaduje z doskonałym "Gold" - zaśpiewanego jakby pod filmy Davida Lyncha, przejmująco i onirycznie. Na tym albumie nie ma słabego kawałka, choć ciężko wyobrazić sobie słuchanie któregokolwiek w oderwaniu od całości - jako nierozerwalny ciąg opowieści smakują najlepiej, najdobitniej budują ten specyficzny, pełen podtekstów, erotyczny, pociągający klimat.

Słuchając "Dead" przestaje mieć znaczenie, czy taką muzykę się lubi, czy nie. Ona jest po prostu wyśmienita par excellence!

Grzegorz Bryk