Kup Magazyn Gitarzysta

Strona główna / Muzyka / Recenzje / Lower the Bar
Lower the Bar - Steel Panther

Lower the Bar

Wykonawca:

Steel Panther

Gatunek:

Rock

5 /10

Znów naciągnęli przerażająco obcisłe skórzane portki na chude tyłki, na czołach zawiązali chusty, spod których bucha kaskada zawodowo natapirowanych włosów i upiększyli usta błyszczykiem.

Steel Panther serwują kolejną porcję rockowych zberezeństw. I jeśli nie znudziły wam się jeszcze przerysowane opowiastki o rozwiązłych panienkach z baru, ich nienasyconych waginach, nie pierwszej świeżości alkoholowych ekscesach i bezwstydnych imprezkach, to nowy album dziedziców stylistyki pudel metalu i glam rocka podejdzie wam od pierwszej nuty.

W dźwiękach Steel Panther raczej niewiele się zmieniło - wciąż pożyczają sobie to i owo (by nie powiedzieć, że wszystko) od klasyków gatunku typu Van Halen, Bon Jovi czy Motley Crue. Z jednej strony fajnie, bo o to przecież w tym projekcie chodzi, z drugiej, po co, skoro równie dobrze można odpalić oryginały z lat '80, a nawet jeśli zna się muzykę tamtych czasów aż do znudzenia, to można sięgnąć chociażby po The Darkness, grupę o wiele ciekawiej bawiącą się tamtą stylistyką, a nawet w pewnym sensie na nową ją interpretującą. Da się? A i owszem, ale akurat Steel Panther wydają się nie być wcale zainteresowani poszukiwaniem własnego pierwiastka w zgranym brzmieniu.

Największym mankamentem "Lower the Bar" jest brak wyrazistości. Płyta, która w zamierzeniu powinna być wypchana rozbujanymi rockowymi petardami, gra może i żywiołowo, ale bez większej ekscytacji. Nie ma tu typowego rockowego zabijaki, który mógłby pociągnąć ten album. Przez to ma się wrażenie uczestnictwa w głośnej imprezie, gdzie wszyscy tylko udają, że się dobrze bawią, a w rzeczywistości chcieliby sobie już pójść do domu. Kolejne numery zamiast napędzać, powoli spychają muzykę na drugi plan i już po trzecim kawałku stają się tłem do przemyśleń dużo ciekawszych niż muzyka, przykładowo na temat uprawy kartofli.

No bo ile można słuchać takich samych riffów, bliźniaczych linii wokalnych i na jedno kopyto produkowanych solówek? Właściwie prócz akustycznego "That's When You Came In" i jedynej naprawdę udanej interpretacji kiczowatego rocka lat '80 "I Got What You Want" wszystkie pozostałe numery grają tak samo. Poza tym album brzmi bardzo bezpiecznie, został również za mocno wyszpachlowany w procesie produkcji, odkurzony z brudu.

Jeśli więc potrzebujecie trochę przaśnego rocka, to w pierwszej kolejności sięgnijcie po klasyków, później po The Darkness, a dopiero na końcu po "Lower the Bar".

Grzegorz Bryk