Kup Magazyn Gitarzysta

Strona główna / Muzyka / Recenzje / Groovin' In Greaseland
Groovin' In Greaseland - Rick Estrin & The Nightcats

Groovin' In Greaseland

Wykonawca:

Rick Estrin & The Nightcats

Gatunek:

Blues

7 /10

Niecałą godzinę przesiąkniętych optymizmem i humorem, zatopionych w beztroskiej zabawie bluesów zaserwował Rick Estrin.

To już czwarty album, odkąd w 2009 roku poprzedni właściciel The Nightcats, czyli Little Charlie, zostawił w spadku nazwę Rickowi Estrinowi, by ten z całym bagażem doświadczeń kontynuował zawiłą drogę bluesowego żywota. Estrin konsekwentnie koncertuje po scenach, gdzie chcą słuchać bluesa i tłucze kolejne blaszeczki pod banderą Nocnych Kotów poprzedzoną jego imieniem. Towarzyszy mu norweski gitarzysta Kid Andersen, który przez kilka lat podróżował ze świtą innego znakomitego harmonijkarza, Charliego Musselwhite'a. Na organach i wszelkiej maści klawiszach czaruje Lorenzo Farrell - z Rickiem Estrinem związany już od ponad dekady. Z polecenia Andersena do zespołu dołączył również drugi Norweg, obtłukujący perkusję Alex Pettersen, w zastępstwie J. Hansena. To właśnie w takim składzie powstał "Groovin' In Greaseland".

Materiał nieomal w całości napisał Estrin, nie maczając palców w zaledwie dwóch utworach z trzynastu ("MWAH!" rozkręcił Andersen a "Cool Slaw" Lorenzo Farrell). Pierwszy z wymienionych to zresztą porywający instrumental, nastawiony na niekończące się improwizacje (między innymi gitar i organów), również z gościnnym udziałem saksofonu. "Cool Slaw" to instrumentalny pojedynek pomiędzy organami Farrella i harmonijką Estrina. Cała reszta to standardowe wręcz bluesy, które wyróżnia przeżarta uszczypliwym humorem atmosfera, dość charakterystyczne, tryskające optymizmem wokale i genialne solowe partie harmonijki - jeśli ktoś dostaje gęsiej skórki na dźwięk harmonijki ustnej podgrywającej na oldskulowych, zatopionych w knajpianym klimacie bluesiorach, ten koniecznie powinien sięgnąć po wydane przez Alligator "Groovin' In Greaseland". The Nightcats to również kawał cudnie frazujących organów i pojawiających się tu i ówdzie gitarowych solówek, trochę w stylu Buddy Guy'a.

Nie tak dawno temu płytę w analogicznym, skocznym i przaśnym tonie wydał Elvin Bishop ("Big Fun Trio"). Rick Estrin rozbujał swoje bluesy w podobnym tempie i jarmarcznej atmosferze bluesa starej szkoły. Słucha się tego po prostu znakomicie.

Grzegorz Bryk