Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Man That Would Not Die

The Man That Would Not Die - Blaze Bayley

The Man That Would Not Die

Wykonawca:

Blaze Bayley

Gatunek:

Heavy metal

7 /10

Kto choć trochę interesował się przebiegiem kariery byłego wokalisty Wolfsbane i Iron Maiden miał prawo odczuwać zaniepokojenie. Po "Blood & Belief" Blaze, swoją drogą najlepszej jego płycie nie tylko solowej, stracił wszystko co miał do stracenia. Kontrakt, muzyków a nawet żonę.

Blaze odrodził się dopiero po trzech latach podczas XXI edycji festiwalu MetalManii. Odrodził się niezbyt okazale warto nadmienić... W obliczu tych wszystkich zawirowań, wydana po czterech latach milczenia pana Bayleya, jego nowa solowa płyta, to rzecz nawet udana.

Blaze miał to niebywałe szczęście nagrywać z największymi tuzami konsolety rockowo-metalowego światka. Rubin, O'Brein czy Sneap - te nazwiska robią wrażenie. Toteż zupełnie nie rozumiem, czemu nie podpatrzył, w którą stronę kręcili oni gałkami. Wspomagany przez byłego gitarzystę Wolfsbane Jese Edwardsa i nowych muzyków swojej kapeli dał wcisnąć sobie brzmienie, mówiąc krótko dziwne. Bracia Bermudez, którzy zasilili skład zespołu grali uprzednio w melodic death metalowym Underthreat, i tu doszukuje się źródła problemu. Bo "The Man That Would Not Die" brzmi właśnie jak płyta z nurtu melodyjnego metalu śmierci. A przecież po brzegi wypełniona jest klasycznie heavy metalowymi kompozycjami...

Już otwierający płytę tytułowy kawałek jasno pokazuje, kto tu będzie rozdawał karty. Blaze niebezpiecznie balansuje na granicy krzyku, ale każdy dźwięk jest czysty, mocny i poparty niebywałą techniką. Bayley jest jak wino, im starszy tym lepszy. Jego śpiew jest w każdym kawałku przepełniony emocjami, co w połączeniu z jego mroczną barwą głosu daje piorunujące efekty. A Blaze ma na co się emocjonować. W lirykach rozlicza ostatnich parę lat. Jasno mówi o tym, co myśli o swoim poprzednim wydawcy. Piszę by nie załamywać się gdy coś idzie nie po twej myśli. Ale wraca też do klimatów sci-fi rodem z solowego debiutu (singlowy "Robot"). Słowem - klasyczny Blaze. Na uwagę jednak najbardziej zasługuje tekst do "While You Were Gone". Utwór ten, w obliczu wydarzeń które nastąpiły po premierze płyty, nabiera posępnie profetycznego tonu. W kawałku tym Bayley opisuje swoje uczucia, które żywiłby, gdyby opuściła go jego małżonka Debbie. Pół roku potem Debbie opuściła Blaze'a na zawsze...

Mimo dziwnych ciągotek gitarzystów do melodic death metalu, jak pisałem wyżej, album wypełniony jest klasycznie heavy metalowymi hymnami. Czy jest to przywodzący na myśl "Futureal" - "Robot". Czy mamy do czynienia z "The Truth Is One". Mimo iż wiemy jaka nutka zaraz wychynie zza najbliższego rogu, to każdy fan klasycznych dźwięków będzie uradowany. Blaze jako kompozytor również nie zawodzi. Mamy zawiłe aranże ("Smile Back At Death"), nawiązania do czasów w Iron Maiden ("Samurai") jak i balladę ("At The End Of The Day"). Jedyną wadą albumu jest to, że pod koniec utwory zaczynają zlewać się w jedno. "The Man That Would Not Die" skrócony o np. "Serpent Hearted Man" o wiele mniej by męczył.

Blaze'a albo się kochało albo nienawidziło. Teraz jest również opcja "ani ziębi ani grzeje". Ot, kilka przewidywalnych dźwięków, trochę stadionowych refrenów, trochę epickości... Ale powiedzmy sobie szczerze - czy tych przewidywalnych, klasycznych heavy metalowych dźwięków na poziomie jest ostatnio dużo? Odpowiedzcie sobie sami.

Grzegorz Żurek