Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Crucible Of Man

Crucible Of Man - Iced Earth

Crucible Of Man

Wykonawca:

Iced Earth

Gatunek:

Heavy metal

4 /10

Jon Schaffer, założyciel i jedyny stały członek Iced Earth, chyba zbytnio napatrzył się na sukcesy zespołów, do których wracali dawni wokaliści. Umknęło mu chyba jednak, że z najsłynniejszych reunionów ostatnich lat, czyli Judas Priest i Iron Maiden, po chwili spijania śmietanki pozostało artystyczne dno.

"Brave New World" i "Angel Of Retribution" to owszem płyty udane, ale następne wydawnictwa wspomnianych kapel, w moim odczuciu, wołają o pomstę do nieba. Iced Earth nie będzie miał jednak nawet tego momentu splendoru. Druga część sagi "Something Wicked", album "Crucible Of Man", na którą wraca "jedyny, kochany" Matt Barlow zachwyci chyba tylko największych maniaków bandu Schaffera... I to nie na pewno...

Na powrocie najsłynniejszego metalowego policjanta na samym starcie traci spójność całości projektu. Na poprzedniej płycie, bardzo udanej "Framing Armageddon", wokalnie udzielał się bowiem Tim "Ripper" Owens. A zmiana głównego aktora spektaklu, w przerwie między aktami, nigdy nie wychodzi na dobre. Tym bardziej, że powiedzmy sobie szczerze - Ripper na poprzedniczce zaśpiewał o niebo lepiej! Barlow swą rozemocjonowaną manierą prowadzi nas po meandrach drugiej części historii napisanej przez Schaffera w sposób po prostu nudny. Od czasu do czasu odpala fajerwerki, ale zdecydowanie zbyt rzadko. To stwierdzenie będzie pewnie szokiem dla fanów Iced Earth, ale nic tego nie zmieni - Owens jest po prostu sprawniejszym i lepszym technicznie wokalistą. Zawiesił poprzeczkę dla Barlowa ciut za wysoko. Zresztą Matt swą nijakością świetnie wpasował się w oblicze "Crucible Of Man"...

Szansę na powrót dawnego, mocnego heavy/thrash'owego oblicza Iced Earth grzebię sam Jon Schaffer w wywiadach. Zamiast tego mamy muzykę około power-metalową. Kierunek zatem jasny - "Crucible Of Man" bliżej Demons & Wizards niż do "Night Of The Strom Rider". I gdyby jeszcze jak wspomniany zespół, w którym śpiewa Hansi Kursch z Blind Guardian, Amerykanie mieli do zaoferowania różnorodną paletę metalowych dźwięków, byłoby wszystko w porządku. Ale zamiast tego dostajemy monotonną papkę z chwilami na wolniejsze utwory. Schaffer zrezygnował również z instrumentalnych miniatur, które świetnie wzbogacały klimat "Framing Armageddon". Co najgorsze, utwory z drugiej części "Something Wicked" w starciu z poprzednim albumem wypadają naprawdę słabo. Ani jeden kawałek nie może równać się z niesamowitym, przywodzącym na początku na myśl Pink Floyd, "The Clouding". Singlowy "I Walk Alone" zostaje wręcz znokautowany przez wściekły "Ten Thousand Strong". Jedynie na sam koniec "Crucible Of Man" pokazuje się z lepszej strony. "Come What May" to prawdziwa wisienka na torcie, torcie który niestety swoim smakiem nie zachwyca.

Jest koncept, nie ma koncepcji. Jest dużo klimatu, i niewiele ponad to. Sztuczki typu reunion też już na nikogo prawie nie działają. Do następnego razu.

Grzegorz Żurek