Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Evangelion

Evangelion - Behemoth

Evangelion

Wykonawca:

Behemoth

Gatunek:

Death metal

9 /10

Trzy recenzje, trzy punkty widzenia, trzy w jednym, więc lepsi niż Head&Shoulders: Grzegorz Żurek, Michał Czarnocki i Marcin Kubicki wypowiadają się na temat najnowszej płyty zespołu Behemoth: "Evangelion".

Volume I, czyli chłodne spojrzenie z ciepłym zakończeniem

Ciężko jest pisać recenzję z poziomu absolutnego maniaka danego zespołu. Behemoth 10 wydawnictw na półce mam (maałooo), koncerta też widziałem tu czy tam. I bądź tu teraz obiektywny... Ale heca jest taka, że wysilać się zbytnio nie muszę. Bo tylko głuchy nie usłyszałby paru mankamentów nowej propozycji ekipy Nergala.

Zaczyna się naprawdę dobrze! Wstęp "Evangelion" przywodzi na myśl początek "Slaves Shall Serve" i jest jakby jasną deklaracją. Wracamy, by skopać Wam znów tyłki, a nie pobujać Wami w rytmie trąb i chórów. I przez pierwsze cztery utwory miałem wrażenie, że obcuję z absolutem. Jest dźwiękowe inferno, są aranżacyjne smaczki, z (niezbyt przeze mnie lubianych) ozdobników usłyszałem tylko sitar w końcówce "Shemhamforash". Ale po to trzeba się z płytą osłuchać, żeby nabrać dystansu... I tak już po kolejnym obrocie zauważyłem pewne mankamenty. "Ov Fire And The Void" w porównaniu z innymi utworami Behemoth w średnim tempie wypada naprawdę blado. Owszem, kawałek fajnie motorycznie "jedzie", ale w zestawieniu z "Chant For Eschaton 2000" czy "At The Left Hand Ov God" niczym nie błyszczy. "Transmigrating Beyond Realms Ov Amenti" zaś zaczął jawić mi się jako młodszy brat w butach po starszym, nazywającym się "Towards Babylon"...

Rozkład jazdy po pierwszych czterech utworach aż do "Lucifera" (o którym zaraz) niebezpiecznie ociera się o bycie fillerem wydawnictwa. Owszem, "He Who Breeds Pestilence" zaczyna się riffem, który leje do kotła więcej czarnej smoły, nawet znów coś tam trąbi w tle, a końcówka to oczko puszczone Sandersowi, ale... No jakoś wracać mi się do tej kompozycji nie chce. Na plus wybija się potem ponad schemat "szybko-wolno-szybko" "Defiling Morality Ov Black God" swą jawną bezkompromisowością i fajnym piłowaniem gitar.

Na koniec mamy wspomniany wyżej powrót do języka polskiego w lirykach. Po niemrawym początku wchodzi blackowe wiosło, jakiś strzał z trąby i Nergal oznajmia "Jam ciemny jest"... Przyznaję, że musiałem zapauzować, bo paniczny atak śmiechu trochę trwał. Dobra, żarty na bok. Kawałek jest wspomnieniem początków zespołu, gościnnie mruczy tu Maleńczuk (ale powiedzmy sobie szczerze, nic wielkiego nie wniósł). Całościowo "Lucifer" jawi się jako lekko niedorobiony, że tak powiem. Coś mi w nim brakuje, ale atmosferę ma fajną, przyznaję. Jednak zwieńczenie tak intensywnego dzieła powinno być bardziej... dosadne?

Produkcyjnie mamy światową ekstraklasę. Jest przestrzeń i powietrze. Instrumenty nie brzmią "komputerowo", nie ma aż takiej kompresji jak na "Demigodzie" czy echa jak na "Apostasy". Inferno młóci jak szalony, Nergal sprawnie przebiera paluszkami na gryfie, a i jego wokal jest jakby bardziej... naturalny. Chociaż ta jego "dławiąca" maniera nigdy nie przestanie mnie irytować, to przyznaję, że każdy wers wyrzygany jest z pełną pasją i oddaniem. Inną sprawą jest, że pewnie po premierze "Evangelion" YouTube znów zaroi się od kotków odkopujących prezenty... Patrząc na teksty, a wsłuchując się w śpiew Nergala niekiedy samoistnie człek powie popularne na wschodzie "Łat da fak ?!?!"... Skoro o lirykach mowa, to wypada wspomnieć, że wydanie albumu (znów) jest perfekcyjne. Ale pewne rzeczy w Behemocie to po prostu norma.

Pobiadoliłem, posmuciłem, ale to naprawdę świetna płyta. Powrót, po bardziej (a może nie?) lajtowym "The Apostasy" w rejony intensywnego grania z czasów "Demigod". To że może trochę zabrakło inwencji i weny, i to że kawałki pod koniec trochę męczą, cóż... Może to ja już jestem stary, wszak po ostatnim koncercie, gdzie godzinę machałem głową, tydzień nie mogłem szyją ruszać...

I na koniec tylko nachodzi taka refleksja jedna z drugą. Po co w ogóle pisać recenzję "Evangelion"? Przecież kto kochał wycieczki Behemotha pod Morbid Angel czy Nile - będzie uradowany. Komu trąby lały miód na serce rad też i tu będzie. Kto obrażony na gdańską hordę jest, że nie są już gromowładni i po lasach pomorza grzybów nie zbierają - obrażony będzie dalej. Kółko młodzieży katolickiej w parafialnej przybudówce dalej odbierało będzie chwałę mordercom Wojciecha.

I tak na koniec tej przydługiej litanii, kogo Młotek ani grzał ani ziębił, również nie zmieni nastawienia. Bo o to mamy kolejny wytop z piekielnej surówki Behemoth, który pcha ich muzykę w nowe rejony, ale pozostaje wierny paru poprzednim wydawnictwom. Bo Nergal ze swoją ekipą osiągnął już poziom i jakość, w której ciężko coś dodać. Owszem, produkcja może być jeszcze lepsza (może?!?! No chyba że Behemoth kolekcjonował będzie teraz producentów jak japońskie stworki. "Złap ich wszystkich", a na końcu legendarnego Rubina?). W tle może przewinąć się więcej smaczków. Ale jak jeszcze Nergal polepszy swoją muzykę? Jak zmienić coś co już jest kapitalne?

Jest szczerze, jest bezkompromisowo, jest różnorodnie. Czego więcej oczekiwać od Behemotha? Metal Blade pewnie postara się by znów płyta ekipy Nergala wskoczyła do listy Billboardu. Nuclear Blast poszerzy zapewne grono wyznawców pomorskiej bestii w Europie. I tylko biedny Mystic będzie miał ciężko, by namówić polską młodzież by zamieniła zdobycz z torrentów na realne CD. No ale takie już szczęście Behemotha, że gdy nie będzie miał grać dla kogo w Polsce, bo metalom nie będzie się chciało dupy ruszyć bo bilet za drogi, to pojadą za granicę. Pozazdrościć... i pogratulować.

Ocena: 8/10
Grzegorz Żurek

 

Volume II, czyli naczelny obserwator związku Nergala i Dody kontratakuje

Od samego początku, tj. odkąd zobaczyłem pierwsze wspólne zdjęcia "Księcia Ciemności" i "Różowej Królowej", uważałem, że cała ta "akcja" z miłością od pierwszego wejrzenia to po prostu marketingowy chwyt, biznesowa sztuczka, niestandardowa, acz skuteczna forma promocji (w końcu "cover-story" z udziałem uznawanego przez wielu za wcielenie Szatana muzyka death-metalowej formacji w czasopismach typu "Pani Domu", "Życie na Gorąco", "Gala" etc. to ewenement), a do tego jeszcze całkiem niezłe JAJA - zwłaszcza cytaty typu: "Wnusiu! On wygląda jak diabeł!" przypisywane Babci Doroty "być-może-kiedyś Darskiej". Tak uważałem do dziś - ale to już przeszłość, teraz biję się w pierś i klęcząc na kolanach krzyczę "myliłem się - to wszystko prawda" życząc czarno-różowej parze wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia!

Dlaczego (chyba po raz pierwszy w życiu) zdarzyło mi się zmienić zdanie? Otóż przeczytałem niedawno, że "Doda i Nergal, jeśli już przeszli do kolejnej fazy znajomości, uprawiają seks"... :) Teraz, po uważnym przesłuchaniu "Evangelion" - najnowszego dziecka naszego najatrakcyjniejszego obecnie muzycznego towaru eksportowego, czyli grupy Behemoth - już wiem, że to prawda mająca 100% pokrycie w faktach - to słychać! Nergal zrobił się tak cholernie płodny, że nie ma co się dziwić, że Dorotka apeluje do swoich fanek "Jak będziecie się dymać na plaży, to się zabezpieczajcie!" (tak, tak - "piosenkarka" należy do MENSY) - dziewczynę najwyraźniej przestraszyła wizja gromadki małych różowych Barbie z wielkimi czołami i czarnymi różkami, krzyczącymi "Jusia i Edzia to the lions!". A co na to Nergal? Kipiący od nadmiaru testosteronu chłopak najwyraźniej poczuł się niespełniony i całą swoją energię, moc i siły witalne (czy, jakby to ujął mój szanowny tatko: "HU HU") przelał na najnowszą płytę swojego zespołu. I - jak już wspomniałem - to wszystko naprawdę słychać.

Najprościej całą płytę podsumować stwierdzeniem: 3xS. Po pierwsze - S jak SEX, bo "Evangelion" to bardzo seksowna płyta (chyba już wspominałem, że Nergal musiał w trakcie nagrywania zachowywać się jak męscy bohaterowie twórczości audio-wizualnej dostępnej pod adresem www.redtube.com), naprawdę niezła, długonoga "jałówka" w gronie najciekawszych polskich premier płytowych A.D. 2009 (Alastor, Rootwater, Hunter, niedługo Vader).

Po drugie - S jak SOUND. Dźwięk wymodelowany przez Pana Colina Richardsona po prostu miażdży - brzmienie jest cholernie soczyste, czytelne i pełne; gitarowy jazgot (czyli to co lubimy najbardziej) sprawia wrażenie żywego tworu - nie jestem w stanie przyczepić się do niczego w tym temacie. Kiedy podczas lipcowej promocji płyty Nergal z entuzjazmem twierdził, że płyta brzmi "jak milion dolarów", myślałem, że to tylko czcze przechwałki (zwłaszcza, że płytę odtworzono na tak wspaniałym sprzęcie, że praktycznie nic nie było słychać) - tymczasem okazuje się, że Richardson po prostu nie potrafi "odwalić fuszerki".

No i wreszcie po trzecie - S jak  SKUBANIEC INFERNO.  Nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem Behemotha - tak naprawdę dotarli do mnie dopiero płytą "Demigod", w szczególności miażdżącym riffowaniem w singlowym "Conquer All" i genialną, nigdy wcześniej niespotykaną w twórczości chłopaków ilustracyjną solówka Nergala będącą ozdobą wspomnianego utworu. Byłem wtedy pod wrażeniem gitarowego progresu Adama. Tym jednak razem to bębniarz rozdaje karty. Inferno to bez wątpienia absolutny perkusyjny "numer jeden" w polskim metalu ekstremalnym, a poza Polską ciężko znaleźć kogoś, kto dorówna mu w technicznej precyzji i błyskotliwości. Pałker zasuwa tutaj po prostu jak Intercity, a pozostali muzycy ledwo za nim nadążają. Nie ma się zatem co dziwić gitarzystom, że więcej tutaj riffów zagranych w średnich i wolnych tempach - mając w składzie takiego genialnego perkusistę, który cały czas utrzymuje gęstą fakturę utworów, nie trzeba już się nigdzie tak śpieszyć. Jeżeli wszyscy instrumentaliści przez 40 minut zasuwaliby wciąż na tych samych obrotach co pałker, to ja bym chyba po prostu musiał wysiąść z pociągu z napisem "Evangelion" - ot, za słabe serce...

Nie ma sensu wyróżniać tutaj jakiegokolwiek utworu - płyta zbudowana jest jako spójny twór i w takim kontekście należy ją rozpatrywać. Oczywiście są również jaśniejsze, wybijające się przed szereg elementy jak mozolne, ciężkie riffy w "Lucifer" (nie bardzo rozumiem, co miał na myśli Nergal twierdząc, że riff przewodni ma "harcerski" charakter - jak dla mnie jest to prawdziwe, metalowe mięcho a nie "plumkanie" przy ognisku) czy bardzo klimatyczna gitarowa mozaika w singlowym "Ov Fire And The Void". Jednakże - jak wspomniałem - polecam skupienie się na płycie jako całości - tym razem zespół postawił nie na techniczne fajerwerki, czy rzeszę znanych gości (chociaż jeden się tutaj pojawił - i to nie byle jaki, bo sam Pan Maleńczuk, który zabrzmiał tym razem - sic! - jak rasowy "Metal") lecz na wyjątkową spójność, która bez wątpienia jest olbrzymim atutem płyty.

Nie jestem wiernym fanem ekipy kolektywu dowodzonego przez Adama Darskiego - preferuję thrashową jazdę w stylu Horrorscope, Alastor, Kat czy Al Sirat; w walce o tzw. "polski tron" zawsze kibicowałem Vaderowi, a w moim odtwarzaczu mp3 w tym roku najczęściej gości "Visionism" Rootwatera. W tym przypadku nie mam jednak żadnych wątpliwości - w styczniu 2010 wszystkie najpoczytniejsze polskie czasopisma o muzyce rockowej obwołają "Evangelion" płytą roku. A ja się wtedy wcale nie zamierzam dziwić.

Ocena: 9/10
Michał Czarnocki

 

Volume III, czyli słowo od redaktora prowadzącego

Jeżeli piekło możnaby zawrzeć na płycie, to pewnie brzmiałoby jak "Evangelion", najlepszy zakazany owoc od czasów jabłka z Edenu. Behemoth, w gatunku w którym dla wielu fanów wystarczy dostarczać ekstremalnych doznań muzycznych, wysyła bogaty przekaz, mieszając piękno z brutalnością. Technicznie to kawał rewelacyjnej, inteligentnej, choć pełnej przemocy gry. Emocjonalnie mamy do czynienia z utworami przepełnionymi nienawiścią, bólem i złymi intencjami. To coś, co nie każdy będzie w stanie znieść.

Producentem albumu został słynny Colin Richardson, który czuwał m.in. nad płytami Carcass. Miażdżące riffy, ultra-szybka perkusja czy w końcu demoniczny głos Nergala sprawiają, że muzyka wdziera się do najmroczniejszych zakamarków ludzkiej duszy. Uwagę zwraca nieomal progresywny "Lucifer" zaśpiewany w języku polskim z gościnnym występem Maćka Maleńczuka. Złożona kompozycja z zachwycającą solówką mogłaby wyznaczyć nowy kierunek w historii Behemotha, gdy nagle, w momencie narastającego napięcia, dźwięki się urywają... Coś dla osób budzących się z nocnych koszmarów z uśmiechem na twarzy.

Ocena: 9/10
Marcin Kubicki