Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Twilight Of The Thunder God

Twilight Of The Thunder God - Amon Amarth

Twilight Of The Thunder God

Wykonawca:

Amon Amarth

6 /10

Czekałem na tą płytę, oj czekałem. Amon Amarth to moi death metalowi herosi z lat nastoletnich. Tiaaa... wiem, nie jestem już z tego pokolenia, których bohaterami byli Grave, Unleashed, Vader czy Carcass (chociaż byli, tylko po czasie pewnym). Oto spojrzenie na gatunek metalu śmierci oczami kogoś kto nie pamięta lodów Bambino - mnie na ciemną stronę nawracali wikingowie.

Tym bardziej boli mnie ta płyta. Jest ona niczym kolorowy, bardzo słodki gatunek cukierka w pięknym opakowaniu, który aż krzyczy do Ciebie z lady sklepu spożywczego: "kup mnie cholero jedna!". W moment po wydaniu ostatnich groszy wyżulonych od rodziców na niego, cieszysz się i radujesz - wszak jesteś pro! Masz najbardziej kolorowego i najsłodszego cuksa na świecie! Jednak zaraz po konsumpcji nadchodzi refleksja, w której musisz wykazać się refleksem szukając najbliższej toalety. Mdłości i niestrawność po morderczej dawce cukru będą odbijały się czkawką długo po spożyciu.

Fani melodyjnego śmierć metalu już chyba szykują na mnie pochodnie i widły. Ale zanim rozszarpie mnie ciżba złaknionych krwi i zemsty Einherjerów wytłuszczę o co tak w ogóle tu brzęczę. Otóż każdy kawałek z osobna z rozkładu jazdy "Twilight Of The Thunder God" nadawał by się nawet więcej niż bardzo na retro potańcówkę w norweskiej remizie w stylu "gdzie wikingi z tamtych lat?". Hit goni tu hit. Czy jest to utwór tytułowy opisujący zmierzch (dzięki bogu, że nie ten książkowo-filmowy...) pieruńskiego boga, czy gdy w "Where Is Your God?" Johan Hegg jasno oznajmia, że jego Bóg ma młot, a Twój został przybity do kawałka drewna, wszystko to chwyta prawdziwego wojownika za serducho i powoduje, że łapie za najbliższy falliczno-kształtny przedmiot i ryczy w niego wespół z wokalistą Amon Amarth nordyckie hymny.

Ale spójrzmy prawdzie w oczy - wszystko tu zlewa się w jedną całość. Na plus wybija się tylko "Live For The Kill". Nie, nie sprytnym aranżem bębnów czy plastyczną solówką, tego tu nie ma. Ale wstawką gości z Apocalypticy... Nawet LG Petrov swym szlachetnym darciem gardła nie ratuje "Guardians Of Asgaard". Produkcja całości zaś jest ciepła, cieplutka... Czasy surowego, pełnego mocy prania po mordach z okresu "The Avenger" już chyba nigdy nie wrócą, chlip...

Arch Enemy już od paru płyt mnie nie przekonuje, Amon Amarth coraz bardziej rozpływa się w byciu wikingiem-pluszakiem, Scar Symmetry ciąąąągleeee pozostaje wielką nadzieją... A chrzanić to, ekstrema to ma być ekstrema. Idę zapodać "Reinkaos" Dissection. Tam przynajmniej jest wpierdol, jest melodia i jest szatan.

Grzegorz Żurek