Kup Magazyn Gitarzysta

Sahg II - Sahg

Sahg II

Wykonawca:

Sahg

Gatunek:

Stoner

8 /10

Coś Ci muzycy Gaygoroth, pardon God Seed, mają parcie na granie. W macierzystej formacji (formacjach?) łoją apokaliptyczne hymny na cześć najbardziej rogatego z rogatych. W Audrey Horne dają upust swej miłości do post-grunge'u i do twórczości Lyncha co, o dziwo, słychać w ich nutach. W Sahg natomiast grają najbardziej szlachetną wersję doom metalu.

Czemu-ż to szlachetną spytacie ? Punktem odniesienia, archetypem obecnym w każdej sączącej się sekundzie albumu "Sahg II" jest początkowy Black Sabbath. Mniam. Ja sobie nadziei nie robię, o tym zespole słyszeli wybrani. Tę płytę znają nieliczni. Toteż zdaje sobie sprawę jak wieli ciężar spoczął na moich barkach. Mam oto niebywałą wręcz okazję zarazić paru maniaków cholernie porządnym graniem. Od czego by tu zacząć... Może od początku. "Ascend To Decadence" (genialny tytuł!) zaczyna się ciężkim jak mistrz świata w sumo riffem, jadącym wespół z "osadzoną" perkusją do przodu. Co zwraca w tym kawałku uwagę to bardzo zręczna, uduchowiona solówka. Kierunek został obrany, ale nie tylko Black Sabbath należy spodziewać się na "Sahg II". Z pokrewnych nutek usłyszymy tu Candlemass, z czasów już po reunionie. Ale nie tylko doom jest tu składową, podskórnie czuć tu psychodelicznego ducha, który wyswobadza się na wolność, by siać grzybki halucynki na prawo i lewo, np. w "From Concious Sleep" czy "Escape the Crimson Sun".

Ale nie okłamujmy się - Sabbath jest tu inspiracją wręcz nader oczywistą. Taki "Pyromancer" - jak usłyszałem początek tego utworu moja brodata gęba od razu rozciągnęła się w szczerym uśmiechu. Otóż oto spotkałem "Paranoid" XXI wieku! Mocne słowa, wiem, no ale już takie mam odczucia. Zresztą, każdy fan klasycznego metalu, gdy uchem swym wychwyci dziwnie znajomą manierę w głosie wokalisty będzie już kupiony.

Są tu utwory bardziej uduchowione, są i szybsze. Są przyspieszenia i zwolnienia. Jest świetna praca gitar, mocna perkusja. Są szlachetne inspiracje. Czego zatem brakuje? Trochę swoich pomysłów. Gdzieniegdzie wyskakuje prawdziwe obliczę Sahg ("Wicked Temptress"), ale ciut za bardzo "Sahg II" to tribute złożony młodzieńczym idolom muzyków tej formacji. Było nie było, ja nie narzekam.

Grzegorz Żurek

 

Zdaniem Szymona Kubickiego:

Debiut Sahg to absolutna czołówka najlepszych odkryć 2006 r. w moim prywatnym rankingu. Nie było to może odkrycie pod względem wyjątkowej innowacyjności takiego grania, bo przecież dziesiątki innych bandów regularnie oddaje hołd Black Sabbath. Natomiast chłopakom z Sahg udało się zrobić w wyjątkowo świeży i jak dla mnie porywający sposób.

Pomimo pewnych różnic muzycznych podobne wrażenie swego czasu wywarł na mnie drugi krążek Szwedów z Terra Firma. A ponieważ z supergrupami, w których skład wchodzą członkowie innych mniej lub bardziej znanych kapel bywa różnie, zachodziła obawa, że zespół poprzestanie tylko na "I". Na szczęście stało się inaczej. "II" udowadnia, że tak znakomita zawartość debiutu to nie był przypadek, a Norwegowie wciąż mają pomysł na swoje granie i konsekwentnie trzymają się obranego kursu. Choć ten album raczej nie przebija "I" to jednak niewiele mu ustępuje, a w uszy rzuca się  przede wszystkim to, że Sahg okrzepł i dojrzał muzycznie. Materiał brzmi jakby muzycy całe życie zajmowali się właśnie takim graniem i wciąż mieli ochotę wkładać w nie całe serce. Płyta jest bardzo równa i perfekcyjnie dopracowana w każdym calu, nie ma tu miejsca na żadną niedoróbkę.

Mimo, iż wokal Olava Iversena, który tak cholernie drażni mnie w Manngard, a tak świetnie sprawdza się w Sahg, przywołuje mocne skojarzenia z Ozzym, muzyczny zakres inspiracji zespołu jest jednak dużo szerszy. Nie jest to wprawdzie "jakieś heavy" bo i takie określenie słyszałem, ale faktem jest, że jeśli stwierdzić, iż Norwegowie czerpią pomysły z Black Sabbath będzie to raczej późniejszy, post-Osbourne’owy okres. To jednak tylko część prawdy, bo nie brak tu i klasycznie rockowych elementów. Rozmaite nieco "kosmiczne" efekty gitarowe i klawiszowe oraz występujące tu i ówdzie partie rozmytego, zmodulowanego wokalu wyjątkowo wdzięcznie nawiązują do tradycji psychodelicznego rocka, zwłaszcza w kończącym album 10 minutowym "Monomania". Takich smaczków jes tu jednak zatrzesięnie, a najlepiej wyłapać je słuchając album w skupieniu w słuchawkach. Dopiero wtedy w pełni uwidacznia się całe bogactwo tego krążka.

Bez wątpienia kapeli udało się wypracować swoje własne brzmienie i każdy kto słyszał "I" bez trudu rozpozna charakterystyczny feeling Sahg. Dzwięków zawartych na "II" po prostu nie da się pomylić z innym zespołem. Stało się tak chyba dlatego, że muzycy podeszli do komponowania materiału w wyjątkowo twórczy sposób. Słyszę tu pasję i zaangażowanie i świetne opanowanie warsztatu. Takie płyty to prawdziwe perły w rozlewającym się aż po horyzont morzu muzycznej miernoty.

Ocena: 8/10