Kup Magazyn Gitarzysta

Idolum - Ufomammut

Idolum

Wykonawca:

Ufomammut

9 /10

Ufomammut to wśród fanów minimalistycznej muzyki ekipa dość znana. Nie będę jednak z siebie robił nie wiadomo kogo - włochów poznałem dopiero przy "Idolum". I od razu wziąłem się za poszukiwanie ich starszych płyt.

Jak pokrótce opisać muzykę obecną na "Idolum" ? Otóż na bazie doom metalu (ale tego najbardziej ekstremalnego, tempem zahaczającego o funeral, a brzmieniem wioseł niekiedy o drone buczenia) mamy mieszankę stonera i psychodelii. Niech ten doom Was jednak nie zwiedzie. Nie mamy tutaj grobowej atmosfery, ani ciągnących się jak glut kawałków. Z depresyjnej muzyki Ufomammut zaczerpnął ciężar, godny nawet mistrzów z Black Sabbath (czy ostatnio Heaven & Hell). Naprawdę, waga tej muzyki przyprawia o zawrót głowy. Każde uderzenie pałkera (bardzo fajna praca perkusji, żywa, miarowa. I te blachy !) zostawia otwarte rany na ciele. Gdy wchodzi bas jego dudnienie pragnie zniszczyć głośniki. Wspomniany stoner obecny jest w rzeźbieniu gitar i klimacie całości, jak już pisałem dalekim od samobójczej czy dołującej atmosfery.

Ale prawdziwą wisienką na torcie tej płyty jest potraktowanie wokali. Otóż zawodzenie Urlo wkomponowane jest w całość jak kolejny instrument! I to instrument dający dużo psychodelicznych barw do całości (wespół z kosmicznymi ozdobnikami, przewijającymi się przez tło). To trzeba usłyszeć, po prostu.

Fani nietuzinkowych dźwięków na pewno już znają tę płytę (o czym świadczy chociaż wygrana w rocznym podsumowaniu na MetalStorm w kategorii sludge/stoner). Każdy kto lubi ciężar, pozbawiony monotonii. Każdy kto kocha zatapianie się w muzykę i odpływanie razem z jej klimatem, musi posłuchać "Idolum". Dla mnie największe zaskoczenie in plus 2008 roku.

Grzegorz Żurek


Zdaniem Szymona Kubickiego:

 

Nie upłynął nawet rok od ostatniego wydawnictwa z logotypem Ufomammut, czyli kolaboracji z Lento, a Włosi zjawiają się z kolejnym albumem. Tak krótki okres oczekiwania w żadnym razie nie wpłynął jednak na jakość "Idolum", bowiem zespół ten nie nagrywa słabych płyt. Sposób, w jaki kapela serwuje jedyny w swoim rodzaju psychodeliczny sludge, z wyczuwalną domieszką industrialu, czyni z niej absolutną gwiazdę tego typu grania.

W jednym z wywiadów wokalista Urlo zapewniał, że zespół nigdy nie zamyka się w określonej szufladzie stylistycznej, a nazwa Ufomammut to coś w rodzaju znaku towarowego, który może stanowić znak firmowy dla dowolnej muzyki, choćby nawet hiphopu. Przestraszonych tego typu stwierdzeniami uspokajam: "Idolum" nie zaskakuje niczym szczególnie nowym, choć można powiedzieć, że to kolejny krok w rozwoju muzycznym grupy. Każda nowa płyta, choć niezmiennie utrzymana w charakterystycznym mamucim stylu, nieco różni się od poprzednich, choć na pierwszy rzut ucha nie jest to wcale takie oczywiste. Tym razem odnoszę wrażenie, że nieco mniej tu 'UFO', a za to więcej 'mammut'. Owszem, kosmiczne dźwięki nadal obecne są gdzieś w tle, ale pierwsze, co zwraca uwagę, to morderczy ciężar gitar, dominujący również nad partiami wokalnymi. Trochę szkoda, bo to właśnie specyficzne użycie elektroniki najbardziej wyróżniało muzykę Ufomammut. Wprawdzie Włosi nie są jedynym zespołem używającym owych gwiezdnych sampli, ale to właśnie oni czynią to w ten, wyjątkowo konsekwentny, sposób. Tym razem, nie ma na "Idolum" kawałków opartych wyłącznie o dziwne dźwięki, w stylu pochodzących z poprzedniego albumu "Hypnotized" czy świetnego, niepokojącego "Lucifer Song". Przez to najnowszy krążek sprawia wrażenie nieco prostszego, a zarazem spójniejszego. Mimo to, włoski mamut jest nie tylko ciężki, ale i nakarmiony meskaliną, dzięki czemu duch psychodelii jest wciąż bardzo mocno wyczuwalny, a utwory są cholernie hipnotyczne i klimatyczne. Najlepszym tego przykładem jest otwierający album "Stigma", który zawiera wszystko, co najbardziej reprezentatywne dla "Idolum", czy "Ammonia", w którym zespół wspomogła wokalnie Rose Kemp. Żeńskie wokalizy to nowość w muzyce Ufomammut, ale efekt okazał się bardzo intrygujący.

W porównaniu z krótkimi "Lucifer Songs" i "Supernaturals Record One", "Idolum" trwa 66 minut, w czym przypomina dwa pierwsze albumy. Tak znakomitej muzy nigdy za wiele. Bez wątpienia, "Idolum" to jedna z najważniejszych płyt sludge/doom, które ukazały się w 2008 roku.

Szymon Kubicki

Ocena: 9/10