Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Play My Game

Play My Game - Tim Ripper Owens

Play My Game

Wykonawca:

Tim Ripper Owens

Gatunek:

Heavy metal

7 /10

Jest takie amerykańskie slangowe słówko świetnie opisujące postać Tima "Rippera" Owensa. "Badass". Był na absolutnym szczycie, a wciąż pozostał tym samym człowiekiem, zero sodówki.

Dość wspomnieć, że wciąż mieszka w rodzinnym mieście. Ma tylko chłopina pecha, że wypłynął w czasie zamierania kultów wielkich idoli, bo gdyby udzielał się wokalnie gdy Judas Priest zaczynał byłby teraz bogiem. Jestem tego absolutnie pewien. Głos Rippera to obecnie jedna z najszlachetniejszych gwiazd metalowego firmamentu, co udowadnia też na pierwszej w pełni solowej płycie.

Niewtajemniczonym śpieszę z wyjaśnieniami - mowa tutaj o ex-wokaliście takich uznanych marek jak Judas Priest i Iced Earth. Swym głosem podniósł nawet poziom z "olaboga!" do "może być" ostatniej płyty pierwszego metalowego masturbatora gryfu - Malmsteena. Po wojażach i tułaczkach, po sukcesach i wyautowaniach Ripper nie dał zepchnąć się na śmietnik historii ciężkiego rocka. W końcu postanowił pokazać co podpatrzył u Tiptona, Downinga i Schaffera... i na szczęście czego nie podpatrzył u Malmsteena... i skomponować w pełni autorski materiał pod swój głos.

Niektórzy fani po metalowych przejściach zaczną psioczyć, iż Ripper ma już swój Beyond Fear z debiutanckim albumem na stanie. Nie do końca, wspomniana kapela to w pełni demokratyczny konglomerat znajomych muzyków, którzy oprócz Judas Priest postanowili też skłonić w hołdzie główkę swą np. Panterze. A na "Play My Game" Owens odcina się od ciężaru na rzecz melodii.

Przypomina mi się chybiony tytuł do płyty Dream Evil "The Book Of Heavy Metal". Chociaż nie, to była nawet dobra nazwa tamtego albumu... Księga czym nie powinien być heavy metal... Gdyby nie to, że Szwedzi zwędzili takie nośne hasło, to pewnie Ripper nazwałby tak swoją solową płytę. Bo mamy tutaj prawdziwy elementarz klasycznego łojenia! Zaczyna się od sentymentalno-melodyjnego "Starting Over" (Humph... A Kornowi tytuł kawałka to mógł Tim zaiwanić...), następnie mamy jadący jak walec "Believe", zaś trzeci w rozkładzie jazdy "The Cover Up" to rzecz z iście epickim refrenem. I tak to pokrótce wygląda - co utwór to inna para metalowych kaloszy, zaś klamrą jest brzmienie całości, i oczywiście wokale Owensa.

Co zwraca uwagę to ilość gości obecnych na "Play My Game". Jeff Loomis, Craig Goldy, Doug Aldrich, Chris Caffery - to tak na sam początek. Nie chodzi mi o wyliczanki, uwierzcie, jak zajrzycie we wkładkę płyty, by zobaczyć kto tam jeszcze się udziela to jak ja powiecie tylko "O'rly ?!?!?!" w wielkim szoku. Sęk w tym, że całość jest spójna - i to udowadnia, że Ripper jest tak świetnym wokalistą jak i zręcznym kompozytorem. Gwiazdy nie rozpanoszyły się po albumie, nie stworzyły z "Play My Game" zlepka niepasujących do siebie kawałków. Ich popisy są tylko (czy aż!) świetnymi uzupełnieniami numerów.

Na koniec zatem rodzi się w waszych głowach pytanie. Skąd tylko 7? Po prostu za mało mi na "Play My Game" utworów typu "No Good Goodbyes". Z większą ilością jadu i zadzioru. Momentami album niebezpiecznie zbliża się w rejon hard rocka. Za mało też, jak na solową płytę, jest tu dla mnie fajerwerków odpalonych przez Rippera. Rozdzierający krzyk (czemu cofnięty w mixie? CZEMU?!?!?!) w "Shadows Are Alive" czy jakiś taki gorszy gatunkowo (moje odczucie, mam prawo) falseto-krzyk niż bywało uprzednio to trochę za mało jak na coś sygnowane swoim nazwiskiem. Było nie było, nie tylko na zachętę, ale za utrzymane na świetnym poziomie kompozycję 7/10 - czyli naprawdę dobra robota.

Grzegorz Żurek