Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / A Matter Of Life And Death

A Matter Of Life And Death - Iron Maiden

A Matter Of Life And Death

Wykonawca:

Iron Maiden

Gatunek:

Heavy metal

5 /10

Iron Maiden od jakiegoś czasu nie jest już tylko marką oznaczającą dźwięki produkowane przez paru świetnych muzyków. Gdy w pewnym serialu opowiadającym o Przyjaciołach z Nowego Jorku jedna z bohaterek powiedziała swojemu chłopakowi, że zabiera się za akustyczne wersje kawałków Iron Maiden, uświadomiłem sobie, że Brytyjczycy to symbol, który na dobre już wrył się w popkulturę. I bądź tu teraz mądry i recenzuj studyjne dokonanie żywej legendy, ostatnich apostołów NWOBHM, jedynej i wydaje się, że nieśmiertelnej Żelaznej Dziewicy.

A trochę się boję, bo oglądając to co się dzieje na koncertach na ostatnim DVD Dziewicy "Flight 666" mam świadomość, że po tej recenzji gonić mnie może po mieście niejeden fanatyk. Nie licząc Eddiego, bo to co zaserwowali Iron Maiden na wydawnictwie z 2006 roku jest dla mnie, tak piszę to trzeźwy i świadom swoich słów, w większości kpiną.

Mam już tak dziwnie rozregulowaną percepcję muzyczną, ze jak gawiedzi coś nie pasuje, to mi się to zazwyczaj podoba. Tak było z "Dance Of Death". To był dla mnie udany album Brytyjczyków, nie zachował poziomu absolutnie genialnego "Brave New World", ale o to było naprawdę ciężko. Prezentował sobą jakby esencję tego czym Iron Maiden jest, i dodał parę nowych smaczków do ich stylu ("Face In The Sand", "Journeyman" chociażby). No ale nie wiedzieć czemu, album ten u die-hardsów Ironów się nie przyjął... Harris głupi nie jest, wręcz przeciwnie i na pewno był świadom na co utyskiwali maniacy w 2003 roku. I zamiast grać dalej, to co po reunionie z Brucem, postanowił skomponować płytę-psikus. Po kolei.

Zapowiedzi huczały, że "A Matter Of Life And Death" będzie dziełem niemal progresywnym. Wyszło dość regresywnie, sztuczki nie tworzą progresji, która ma dla mnie jasne znaczenie w kontekście muzycznym. Prog ma być muzyką poszukującą, ot zmiana charakteru kompozycji na chwilę pod koniec czy w środku utworu, to za mało jak dla mnie. Ale Harris okazał się nie lada sztukmistrzem, który omamił wielu fanów.

Pierwsza kompozycja i od razu trick. Żeby obłaskawić fanów Iron Maiden zaserwował "typowy" otwieracz - najkrótszy numer na płycie, szybka galopada w zwrotce i wolniejszy refren... No tak, do czasu im to wychodziło, ale już "Wildest Dreams" był bardzo nieudany. Również "Different World" zamiast iść śladem "Be Quick Or Be Dead" czy "Wicker Mana" kontynuuje tradycję poprzedniego otwieracza. Od "These Colours Don't Run" zaczyna się wspomniany już przeze mnie festiwal kumoterstwa. Do końca nie wiem co chcieli Maideni przekazać tym utworem... Powolnie jedzie z trzaskającym basem, ot na chwilę przyśpiesza tempo pod koniec (ale tak dość... nostalgicznie). Jest typowe dla utworów Dziewicy "Ooo-ooo", ale brak jakiegoś pomysłu, nawet refren jest totalnie mdły. Kompozycja numer trzy to w końcu coś na miarę legendy Brytyjczyków, ale już "The Pilgrim" to kolejny track, przy którym nieźle się uśmiałem. Innowacją ma tu być chwila orientalizującej gitary po chorusie... Panowie, litości. Po chwili mamy "The Longest Day" - znów typowy dla Harrisa numer. Wolny początek, całość się rozwija w melancholijnego średnio-tempowca. Mija połowa "A Matter Of Life And Death" a ja się zapytuje - gdzie tu zaskoczenie? Gdzie moc? O zapowiadaną progresję nawet boje się spytać...

Druga połówka zaczyna się tragikomicznie. "Out From The Shadows" to jeden z tych utworów, których moim zdaniem Ironi powinni się bardzo wstydzić. Nie ma w tej kompozycji nic co ją ratuję, po prostu nijakość na maksa. Ale po takim dnie mogło być już tylko lepiej. Singlowy "Reincarnation Of Benjamin Bregg" zwiastuje zwyżkę formy (choć jakiś wybitny nie jest), a "For The Greater Good Of God" i "Lord Of Light" (nareszcie coś szybszego!) to już prawdziwe killery. Zapowiadana progresja i powiew świeżości w końcu pojawia się w ostatnim "The Legacy". Ten dziewięciominutowy kolos osobiście przywiódł mi na myśl Rush, a to nie lada osiągnięcie.

Dziwnie to nagrana też płyta. Ponoć zarejestrowana na żywo w studiu. I tutaj kolejny trik Harrisa - niby jest bez poprawek, to czemu bas jest tak wypuszczony do przodu, co? System nagrania "A Matter Of Life And Death" wpłynął też na jakość wokalu Dickinsona... Zamiast górek mamy niekiedy krzyk, Bruce momentami ewidentnie się męczy. Bez wątpienia jest to najgorzej zaśpiewana płyta Iron Maiden w historii.

Miało być coś a'la "The X Factor", wyszedł klops. Harris zwietrzył koniunkturę na "Dreams Of Mirror", "No More Lies" czy "Paschendale" i skonstruował płytę w całości wypełnioną długaśnymi przynudzaczami. Zabrakło mocy, pędu na bramkę i tej dawnej iskry. Nawet popisy załogi Murray/Smith/Gers są takie jakieś nieciekawe. Następnym razem mniej "targetowania" więcej szczerości poproszę. Tymczasem zapodam sobie "Killers".

Grzegorz Żurek