Kup Magazyn Gitarzysta

Demigod - Behemoth

Demigod

Wykonawca:

Behemoth

Gatunek:

Death metal

10 /10

Trochę wody już się przelało nad Zatoką Gdańską od czasu wydania tej płyty, a ja wciąż uważam "Demigod" za jeden z najlepszych ekstremalnych albumów XXI wieku. Skoro zacząłem swą notkę niczym matematyk od tezy, muszę ją teraz ładnie uzasadnić założeniami.

Pamiętam gdy pierwszy raz sięgnąłem po "Demigod". Byłem świeżo po lekturze "Zos Cia Kultus-Here and Beyond" (jakoś tak się złożyło, że z Pomorską Bestią nie było mi wcześniej po drodze) i uważałem Behemoth za dobrze rokujący coverband Morbid Angel. Tymczasem już otwierający "PółBoga" "Sculpting The Throne Ov Seth" wywołał u mnie stan kolektywnego szoku i dźwiękowej ekstazy.

Co zwraca moją uwagę od "Satanicy" to pewna hermetyczność nagrań Młotka. Wspomniany album z 1999 roku, jak i dwa następne różniły się od siebie tak naprawdę nieznacznie, coraz korzystniejszą zwyżką formy. Ale esencja tej muzyki niezbyt się zmieniała. Ot, na własnych resorach Behemoth uprawiał lekko "zblackowany" death metal pod Morbidów. To co słychać na wydawnictwie z 2004 roku zaś to przejaw tego, że Nergal w końcu czujniej zaczął węszyć w światku szeroko pojętej ekstremy.

Na "Demigod" Behemoth zaserwował coś, co sprytnie synkretyzuje wszystko to co wówczas było popularne w najbardziej ekstremalnych odmianach metalu (ze wskazaniem na Nile), a co zachowało trade mark Gdańszczan. Ja się nie oszukuję, w muzyce wiele nowego nikt już nie wymyśli. Toteż czerpanie z najlepszych źródeł i inkorporowanie inspiracji tak, że tworzą jakość własnego dzieła, w którym od początku do końca słychać znamię twórcy uważam za coś więcej niż zadowalającego.

Co zaś znamiennego na "Demigod" to fakt, iż brzydota pięknie współgra tutaj z pięknem. Obok ostrego łojenia, mamy tutaj tak zwane smaczki, melodyjniejsze motywy, dźwiękową sztukę egzystującą wespół ze skomasowanym atakiem na małżowiny uszne. Przykładem niech będzie chociaż "Conquer All", którego podstawą jest motoryczny, niemal klasycznie heavy-metalowy riff. Całość jednak jedzie jako blackened death metalowa maszyna, zaś dzieło wieńczy plastyczna solówka Nergala, jakiej jeszcze w jego twórczości nie było. Coś pięknego!

Charakter kompozycji, jak wspominałem wyżej, opiera się głównie na skomasowanych dźwiękowych atakach ("Towards Babylon"), ale jest też miejsce na penetrowanie bardziej blackowych rejonów ("Nephilim Rising") czy nawet melancholijnych ("Before The Aeons Came"). Całość kończy się rozbudowanym, trzyczęściowym sonicznym eposem ("The Reign Of Shemsu-Hor"), który jest niejako zapowiedzią nadchodzących wodotrysków na "The Apostasy".

Co może lekko uwierać to brzmienie całości. Nergal skorzystał z wielu nakładek, przez co jego wokal jest więcej niż zdehumanizowany, ale nie oszukujmy się - na koncertach takiego ryku nie da się powtórzyć. Co do ogólnego soundu - skompresowanie całości odbiera trochę powietrza tej muzyce. Wszystko jest zbite, digitalne... Ale po pysku pierze, i o to chodzi. To nie ma być słodka produkcja Ewy Farny, tylko kurwa ekstrema.

W obliczu tego, że tej płyty słucham co parę dni od pięciu już lat ocena nie może być inna. Świadom jestem, że "Demigod" ma kilka wad, ale kto zna płytę bez minusa chociaż jednego niech pierwszy rzuci kamień.

Grzegorz Żurek
dzięki uprzejmości metalnews.tk