Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Death Rituals

Death Rituals - Six Feet Under

Death Rituals

Wykonawca:

Six Feet Under

Gatunek:

Death metal

8 /10

Tak się składa, że po raz kolejny zabieram się za recenzję płyty zespołu, wobec którego trudno mi zachować chociaż cień obiektywizmu. Bo mimo iż ubóstwiam muzykę, która oferuję w sobie synkretyzm, pewną dozę dźwiękowych niedomówień i skomplikowania, to dla hecy wielbię też ekipę Barnesa.

Żeby było wszystko jasne - z prostej muzy tylko coś z rock'n'rollowym vibe gości u mnie na dłużej (chciałbym mieć za dziadka Lemmy'ego...), z death metalem jakoś mi ostatnio nie po drodze... Ale właśnie prosta, żeby nie powiedzieć prostacka, ale nie toporna, i w pewnym sensie plemienna oferta Six Feet Under leje balsam, na me skołowane Mastodonami serduszko.

Nie chodzi tu tylko o to, żeby odreagować. Chociaż tak, głównie zapodaje sobie Six Feet Under by w niekontrolowanym amoku pozrywać przyczepy mięśni okolicy karku. Ale odczuwam z obcowania z tymi prostymi dźwiękami prawdziwą przyjemność. Jest w "Death Rituals", jak i w poprzednich wydawnictwach Six Feet Under, coś co po prostu prześwietla duszę słuchacza i dociera do jego pierwotnych instynktów. Tym czymś jest rytm. Podstawa kolejnego krążka amerykanów z Metal Blade.

I tak też "Death Rituals" eksponuje rytm nader wszystko inne w muzycznej ofercie. Już od pierwszych dźwięków po wstępie w "Death by Machete" zaczynamy machać banią, pulsowanie muzy czujemy aż w serduszku. I to jest to, bez udziwnień, bez wodotrysków, za to z poszanowaniem tradycji i wystarczającą dozą opanowania gry na instrumentach.

Ale coś wyróżnia ten album na tle, chociażby poprzedniej płyty "Commandment". Tym razem jest jakby bardziej różnorodnie. A tym bardziej ten fakt cieszy, bo nikt różnorodności od Barnesa nie wymagał. Jest też trochę bardziej brutalniej niż bywało ostatnio. Mniej tutaj wywołanego zielonym wspomagaczem rock'n'rolla, a więcej przytupu. A i znalazło się też miejsce na udany cover ("Bastard") i niepokojącą wstawkę, której jeszcze Six Feet Under nie miało ("Crossroads To Armageddon"). Wszystko spięte klamrą, trochę zbyt jednak jak na moje ucho, przyjaznego brzmienia. A i wokal Chrisa w mixie ociupinkę zbyt wypuszczony został do przodu.

Trzeba też umieć znaleźć przyjemność w prostych dźwiękach. Niekiedy trzeba odsapnąć od wysłuchiwania gam w muzyce na przykład Hate Eternal. Jak mam słuchać death metalu, to tylko takiego. Groove machine is back!

Grzegorz Żurek