Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Dominator

Dominator - W.A.S.P.

Dominator

Wykonawca:

W.A.S.P.

Gatunek:

Heavy metal

9 /10

Już niedługo ukaże się nowy album ekipy Blackie Lawlessa zatytułowany "Babylon", toteż poczułem się w obowiązku przypomnienia recenzją poprzedniego wydawnictwa W.A.S.P.. Nie kieruje mną jakaś misja zbawiania świata i prostowania gustów. Moja wewnętrzna przyzwoitość każe mi po prostu wyspowiadać się z bałwochwalczego uwielbienia, jakim darzę "Dominatora".

Każdy ma kilka skrzywień, zboczeń tudzież odchyłów. Ja na ten przykład mam tak, że jak słyszę mocny, męski (ale bez balsamicznego uwielbienia własnych mięśni a'la ManOwaR, choć panowie rzecz jasna dają mocno radę tu czy tam) i klasyczny heavy metal to rzucam wszystko w przysłowiowe pizdu i macham banią aż do zmęczenia materiału. A powiedzmy sobie szczerze - najlepsze czasy tradycyjny metal ma dawno za sobą. Ileż można się katować wiekowymi już dokonaniami Judas Priest, Accept, Saxon czy kilku innych mniej czy bardziej znanych (wszak nie o wyliczanki tu chodzi) wykonawców? Płyt, które resuscytują ducha dawnych lat, a zarazem nie popadają w nadmierny sentymentalizm (chociażby brzmieniowy) nie było ostatnio za wiele. Toteż mocno uradowałem się dwa lata temu, gdy w niedowierzaniu przesłuchiwałem omawianego tu "Dominatora".

Zaraz po naciśnięciu "play" co poniektórzy fani metalu doznają przy otwierającym "Dominator" "Mercy" orgazmu przez uszy. Na taki riff, jak w tym kawałku czekałem od naprawdę bardzo dawna. Czysty metal, z lekka amerykański, trochę sentymentalny i zaczynający całą kanonadę dźwięków. Po chwili gitarowy wstępniak przeradza się w rasowy killer w stylu pamiętnych lat '80. Miarowa, niemal monotonna sekcja rytmiczna, wygrywające precyzyjne i zdawkowe motywy wiosła. Nad wszystkim pieczę sprawuje jednak szorstki i charyzmatyczny wokal Blackiego. Wszystko to opakowane jest w odpowiednio selektywne a zarazem mocarne brzmienie. Czego zatem chcieć więcej od "Mercy"? No, może bardziej przemyślanej solówki. A to dopiero początek wrażeń, które oferuje nam "Dominator"...

Perkusyjny wstępniak i prosty przytup zapowiada nadejście drugiego w kolejności "Long, Long Way To Go". A cóż to za utwór! Klasycznie "jadąca" zwrotka skontrastowana jest tutaj refrenem, z niemal bluesowym duchem! Środek tej kompozycji wręcz naszpikowany jest kaskadą gitarowych solówek. Numer kipiący czystą, niemal zwierzęcą energią. "Take Me Up" to pierwszy na płycie romans z lżejszą formą. Ale niech spokojne momenty i klawisze w tle Was nie zwiodą - znów mamy do czynienia z kompozycją heroicznie wręcz trzymającą się tradycyjnie heavy metalowych kanonów. Czyli zero słodyczy i cukru, wszystko jest mocne i rasowe. To ostatnie słowo to w ogóle słowo-klucz "Dominatora", co udowadnia chociażby następny track - "The Burning Man", z niesamowitym refrenem wyśpiewanym na 100 procent możliwości przez Blackiego. Po solówce w tym utworze mamy nawet prawie maidenowe "ooo-ooo" !

"Heaven's Hung In Black" to znów powrót do spokojniejszej formy, tym razem jawnie balladowej. I mimo ponownej obecności klawiszy, każdy kto będzie oczekiwał słodko-płaczliwego klimatu z pogranicza radosnego melodic power metalu srogo się zawiedzie. Mamy tutaj (w końcu) świetną solówkę, momentami mocniejszą gitarę i rozemocjonowany, po raz kolejny genialny, wokal Blackiego. Całość tej kompozycji jest świetnym przykładem, że można stworzyć rasową (znów to słowo) balladę, która porusza jak nagłe spotkanie z pociągiem, a nie wywołuje grymasu zażenowania na twarzy. Jak to mówią na zachodzie: "already a classic". Zresztą W.A.S.P. chyba wyczuł moc tego kawałka, ponieważ pod koniec powraca on jako "reprise" w wersji bardziej rzewnej.

Pozostałe trzy kawałki, czyli "Heaven's Blessed", "Teacher" oraz "Deal With The Devil" również trzymają fason i pokazują klasę, ale w zestawieniu z poprzednimi hitami z playlisty "Dominatora" nie świecą aż tak bardzo. Pierwszy z wymienionych jest bardziej klasycznie rockowy, zagrany na sporym luzie, dwa pozostałe skręcają bardziej w rejony hard rocka.

Czas na finalne konkluzje. Całość "Dominator" to w pełni przemyślany, zwarty i spójny atak na błony bębenkowe fanów tradycyjnego metalu. Mimo sporej różnorodności w obrębie zawartych na płycie 9 kompozycji, gdy ktoś wyrwie Was ze snu w środku nocy i puści cokolwiek z omawianej tu płyty W.A.S.P., od razu będziecie wiedzieli, iż to "Dominator". Nie podejmuję się porównań tego albumu, do pozostałych wydawnictw z dyskografii Kalifornijczyków, acz nadmienię, że na pewno jest to powrót do wybornej formy tego zacnego zespołu. Wszystko na "Dominator" żre jak trzeba - sekcja nie wybija się ponad trzaskanie rytmów przekazując pierwsze skrzypce gitarzystom i, przede wszystkim, Blackiemu którego wokale są ozdobą całości.

W rocku bardzo hard chodzi głównie o przekazanie emocji i ich wywołanie. W.A.S.P. na "Dominator" mistrzowsko robi pierwsze i drugie. Jest luz, są świetnie klasyczne kompozycje opakowane w brzmienie z XXI wieku, jest nadzieja na przyszłość, że W.A.S.P. formę utrzyma. Za rogiem nowy album Hellfueled, Machine Men pewnie też niedługo da jakiegoś "hot newsa", Ozzy ponoć w studiu. Żyć nie umierać.

Grzegorz Żurek