Niedługo Papa Roach zagra historyczny, pierwszy koncert na naszej ziemi w warszawskiej "Stodole", toteż warto pochylić się na chwilę nad najlepszą płytą w dyskografii Amerykanów. "Getting Away With Murder", bo o nim rzecz jasna mowa (fani "Infest" chyba mnie zlinczują), to świetny przykład czujnego obserwowania rynku, inkorporowania popularnych trendów do swej muzyki, a przy tym naturalnej ewolucji własnej stylistyki.
Poprzedniczka omawianego albumu, "Lovehatetragedy", świetnie dała sobie radę na rynku (choć nie aż tak spektakularnie jak oficjalny debiut Karaluchów) głównie za sprawą niesamowicie hiciarskich singli. "Time And Time Again" i "She Loves Me Not" to do dzisiaj mocne wizytówki stylu grupy, i wyczekiwane na koncertach przez fanów numery. Papa Roach nie zasypiało zatem gruszek w popiele, i postanowiło przygotować fanatykom swej twórczości więcej takich perełek. I taka jest pierwsza część "Getting Away With Murder".Grzegorz Żurek