Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Art Of War

The Art Of War - Sabaton

The Art Of War

Wykonawca:

Sabaton

Gatunek:

Power metal

3 /10

Chleba, nie igrzysk! O tak mało proszę w dzisiejszym świecie... A tak w ogóle ja Wam dam kindermetale! Wychwalać pod niebiosa średnią płytę, kuglarskiego zespołu. Dobra, trochę się zacząłem buldoczyć. Ale nie mogę podejść na spokojnie do tematu, gdy setki świetnych płyt przechodzą niezauważone, a mało nowatorski power metal zdobywa nie lada sławę w naszym kraju dzięki YouTube.

Czytelnicy, jako reprezentanci bardzo pamiętliwego narodu zapewne już przypomnieli sobie co aż tak podniosło mi ciśnienie. Tym którzy nie wiedzą (są tacy?) śpieszę z wyjaśnieniami. "40:1". "Fanmade" wideoklip, który wywołał u mnie salwy ironicznego śmiechu u krajanów wywołał zgoła inne reakcje. Co aż tak bardzo rozbawiło mnie w tym klipie? Zestawienie walczących na II Wojnie Światowej Polaków z ujęciami z filmu "300"... Kto ma zdrowy rozsądek ten się domyśli co jest w tym żałosnego. Ale widać zdrowego rozsądku u nas mało, tania sensacja staje się sezonowym njusem. I tak wystarczyło, że Sabaton wspomniał w songu swym bohaterskich żołnierzy naszych (mimo iż kilka utworów wcześniej śpiewa o "Ghost Brigadzie" Rommela...) i już został skarbem Polski całej. I najmniej w tym wszystkim liczyła się muzyka zawarta na "The Art Of War" - sztampowa, nudnie patetyczna i wywołująca ból w mózgu mym, w rejonie odpowiedzialnym za zmysł estetyczny.

Wspomniane chwilę temu "Ghost Brigade" rozbrzmiewa w głośnikach, a ja już dostaję drgawek. Szwedzi zapominają się, który instrument jest w metalu najważniejszy! Nie jestem w stanie stwierdzić jak rzeźbi gitara, bo wszystko najnormalniej w świecie zagłuszone jest przez klawisze! I to te tandetne, brzmiące jak z odpustowego festynu na wiejskiej parafii. Widać Sabaton lubują się w takim brzmieniu, bo nawet pokusili się w tym kawałku o solówkę na parapecie (!!!). Aranżacyjnie mamy rock'n'roll - zwrotka-refren-zwrotka-refren, no ale jak mówiłem w rock'n'rollu liczy się wiosło...

Tytułowe "The Art Of War". Miałem nadzieję, że usłyszę w końcu jakiś wyraźny riff. Ni cholery. Znowu pseudo-patetyczny wstępniak z Casio zalewa wszystko... Co lepsze, strzały z klawisza stają się tutaj punktem kulminacyjnym kompozycji... Jak na ironię następny w kolejce "40:1" jest najlepszym utworem na płycie. Rozpędzony, z przytłumionym parapetem, w końcu wyraźną galopadą gitar. No ale za wesoło być nie może nigdy, tutaj jako rozpuszczalnik mamy kiczowate chórki w refrenie.

Karawana jedzie dalej. "Unbreakable" to kolejna kpina wychwycona przez moje ucho. Aranżacyjnie mamy patent zwędzony żywcem Harrisowi. Nawet ten riff zaczynający galopadę brzmi tak Maidenowo... No ale w końcu mamy wyraźną solówkę, nareszcie zagraną nie na Casio. "Cliffs Of Galiopoli" i kolejne kosmiczne ozdobniki spod znaku kościelnych organów. Mniej więcej przy tym utworze przestało się to robić dla mnie żenujące a po prostu nudne. Nie wiem, może ich nie stać na rasowy sound klawiszy? Pomyśleć że w latach '60 ten element w The Doors brzmiał lepiej niż w 2008 u Sabaton...

W sumie nie będę się znęcał dalej nad poszczególnymi kompozycjami. Dla mnie zlewa się to wszystko dalej w jedną wielką wywołującą mdłości papkę. Ja wiem, że zaraz podniesie się głos, że to nie mój rodzaj muzyki. A figa z makiem, kto na półce ma np, płytę "Revolution Renaissance"? Kto uwielbia "Genetic Disorder" Nightmare? Odpowiedź po reklamach... Chociaż słusznie, z power metalem mi nie po drodze. Ale staram się podchodzić zawsze do takiej muzy z obiektywizmem, o ile coś takiego istnieje. No ale przy Szwedach po prostu gust mnie boli.

Żal mi Sabaton. Naprawdę. Ubierają się w moro, pozują z karabinami a grają muzykę dla dziewczynek. Żal mi też tych bojowników, którzy przy muzyce "The Art Of War" ściągają szabelkę dziadka znad kominka i wymachując na prawo i lewo cieszą się, iż są "baptized in fire". Żal mi tych wszystkich ludzi, którzy przyjdą na ich trasę koncertową z okazji "uczczenia 70 rocznicy wybuchu II Wojny Światowej" (pozostawię bez komentarza). Ale w sumie najbardziej to mi żal Joakima - ma chłop głos jak dzwon, a śpiewa w takim tworze... To chyba miała być właśnie innowacyjność Szwedów - grać power metal, w którym nie słychać gitar, i w którym kastrata zastępuje rasowy śpiewak. Ja wymiękam. Idę posłuchać Motorhead.

Grzegorz Żurek