Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Master Of The Moon

Master Of The Moon - Dio

Master Of The Moon

Wykonawca:

Dio

Gatunek:

Heavy metal

7 /10

Mógłbym napisać we wstępie, że Ronnie James Dio to jeden z największych wokalistów wszech czasów. No w sumie nie największy, bo wzrostem nie grzeszy. Za to głosem oj tak. Mógłbym napisać też jakiś epos o jego karierze. Ale po co? Kto go zna, ten go docenia. A jak ktoś nie zna, to polecam zapoznać się z twórczością Dio od "Master Of The Moon" właśnie.

Niektórzy po "Killing The Dragon" ochoczo skreślili Dio z listy bandów, które jeszcze czymś zaskoczą. Że zawodnicy już starzy, że kurczowo trzymają się patentów z pogranicza heavy metalu i hard rocka... Tymczasem Ronnie postanowił po raz kolejny wpuścić powiew świeżości do swej solowej twórczości. Spokojnie, nie zaczął nagle rapować o highlightach bycia sławnym. Oddając pokłon swojej zacnej przeszłości postanowił z werwą wejść w przyszłość.

Tak energetycznego otwieracza jak "One More For The Road" Dio nie miał naprawdę dawno. Po zwichrowanym gitarowym wstępniaku zaczyna się jazda bez trzymanki. Pre-chorus wespół z refrenem wbijają się w umysł słuchacza i nie chcą go opuścić. Piękny, klasyczny heavy metalowy opener płyty generujący moc niczym startujący odrzutowiec. A pomyśleć, że Ronnie wg statystyk powinien już spędzać jesień życia w domu starców...

Tytułowy "Master Of The Moon" zahacza o piosenkową formę, i dobrze. Bo ta świetnie eksponuje pełen werwy i pasji głos Ronniego. Trzeci kawałek, "The End Of The World", i znowu zmiana konwencji. Tym razem dostajemy jawnie hard rockowy wałek zalatujący spalenizną spod szyldu AC/DC. "Shivers" znowu oparty na wyraźnej linii basu przypomina czasy "Holy Divera". Ta epicka kompozycja swym patosem wywołuje ciarki gdzie trzeba, a pod koniec oferuje mocarne przyspieszenie. Prawdziwie smakowity kąsek.

Epickość powraca w "The Eyes", który kończy się podniosłym chórem. Ronnie z zespołem na chwilę zwraca się znów w heavy metalowe rejony w "Living The Lie", by ostatnimi kompozycjami znów skręcić w melodyjny hard rock.

Całość opakowana jest w świetne brzmienie, ale to już pewna norma w zespole od czasów "Magicy". Nie ma tutaj sabbathowego ciężaru jak np. na "Angry Machines" a jest bardziej "ciepła" produkcja, ale wciąż selektywna i z odpowiednią mocą. No hard rockowa bardziej, po prostu. Od strony instrumentalnej również wszystko gra jak trzeba. Mamy tu cały elementarz świetnych zagrywek gitarowych (ale przydałoby się więcej wyrazistych solówek jak w "Living The Lie") czy perkusję, która to raz nadaje ton masywniejszym partiom raz ucieka w stronę delikatniejszego bicia. A nad wszystkim góruje i króluje głos Ronniego, który jak wino - im starszy tym lepszy. Co w sumie udowodnił na tegorocznej płycie Heaven & Hell, którą to okrasił chyba najlepszymi wokalami swego życia.

I to by było na tyle. Świetnie brzmiące repetytorium z ostatnich 30 lat kariery Ronniego w jednym miejscu, z pewną dozą nowości. Raz mocniejsze, raz melodyjniejsze. Dla fanów ciężkiego, metalizującego rocka płyta wręcz idealna.

Grzegorz Żurek