Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Full Circle

Full Circle - Drowning Pool

Full Circle

Wykonawca:

Drowning Pool

7 /10

Drowning Pool to zespół naznaczony paroma tragediami. Dwie największe z nich to niewątpliwie śmierć Dave Williamsa, wokalisty z którym nagrali przełomowy dla swojej kariery krążek "Sinner" i fakt, że nagrali ten cholerny hit "Bodies". Wszyscy kojarzą Amerykanów z tym singlem, a przecież mają na koncie inne ciekawe nagrania, na przykład wypełniające ich ostatni album "Full Circle".

Po średnim "Desensitized", tułaczkach po wytwórniach i poszukiwaniach następcy obrażonego Jasona Jonesa "Full Circle" to w końcu materiał godny postawienia na półce obok "Sinner". Tym razem z Ryanem McCombs'em z SOiL na wokalu panowie muzycy nagrali rzecz stylową i wystylizowaną. Na wciąż nu metalowych podstawach (pardon, obecnie zamiast nu metal mówi się metal alternatywny, zapomniałem) Amerykanie z Dallas w stanie Teksas wykreowali muzykę bardziej autonomiczną niż to drzewiej bywało. W tych na wskroś nowoczesnych dźwiękach słychać tradycję rejonu, z którego się wywodzą. W nutkach na "Full Circle" czuć tego południowego ducha, jest parę odległych wycieczek pod stoner (ale to raczej moja odosobniona opinia), czuć że chłopaki nasłuchali się country oglądając niejedno rodeo.

Ale nie bójcie się, to wciąż mocne rockowe granie z przytupem. To że niekiedy wdziera się dziwny motyw jak pod koniec singlowego "Shame" czy w "Soldiers", tudzież fakt iż więcej tutaj melancholijnego ducha ("Reason I'm Alive", "Paralyzed") nie czyni z tej płyty przedstawiciela southern rocka. Amerykanie po prostu potrafili przekazać podskórnie wielki salut muzyce popularnej tam, skąd się wywodzą. I ładnie im to wyszło, zgrabnie. Czyli Drowning Pool się nie zmienia - to wciąż mocne motywy gitarowe, prosta gra perkusji i rozdzierające krzyki wokalisty. Ale przede wszystkim Drowning Pool to muza, mimo iż wciąż heavy, to jawnie hiciarska. "Enemy", "Full Circle" czy wspomniane "Soldiers" długo będziecie nucić pod nosem przy goleniu, czym spowodujecie niejedno zacięcie.

No i taka to płyta, raz mamy hita, raz balladkę. Zróżnicowana, z wreszcie wykrystalizowaną wizją na siebie. Taka refleksja mnie nachodzi - większość tych nu metalowych kapel powychodziła na ludzi, muzycy z różnych kapel, które dawniej bawiły się w ziomów udowadniają, że mają swoje wizje i ambicje a przede wszystkim umiejętności. Tak jest też tutaj. Rasowy rock, w którym brakuje tylko lepszej produkcji materiału (trochę ten sound jest... błotnisty), i może ciut więcej mocy. Zacna płyta.

Grzegorz Żurek