Kup Magazyn Gitarzysta

Wrath -

Wrath

Wykonawca:

8 /10

Wiele słyszałem o Lamb Of God - "nadzieja metalu", "nowa Pantera", "diament wśród miałkich amerykańskich kapel" itd. Mimo to, nie miałem wcześniej okazji poznać żadnej płyty thrasherów z Richmond. W związku z tym, nie będzie porównań do poprzednich dokonań grupy ani narzekania, że "kiedyś było lepiej" - warto czasami spojrzeć na muzykę "świeżym okiem". 

Na początek intro - "The Passing". Dosyć klasycznie - gitara akustyczna, która przechodzi w epicki motyw grany przez cały zespół. Fajny "rozgrzewacz", na pewno lepszy niż dwie minuty słuchania odgłosów młota pneumatycznego, silnika Harleya, karabinów, bomb i tego typu przedmiotów codziennego użytku.

"In Your Words" uderza surowym i mięsistym brzmieniem. Pierwsze ryknięcie Randy’ego Blythe’a i zaczyna się jazda na najwyższych obrotach - nie ma chwili odpoczynku, cały czas do przodu. Z drugiej strony nie ma tu miejsca na jednostajne "młócenie" jednego riffu - już pierwszy utwór pozytywnie zaskakuje ciekawą kompozycją i aranżacją.

Rozpływam się nad samym początkiem płyty, a nasuwa się pytanie, czy dalej jest równie dobrze? "Set To Fail" rozpoczyna groove metalowy riff, po czym zespół znów atakuje słuchacza thrashową energią. Kolejną miłą niespodziankę stanowi naprawdę świetne solo - świetne technicznie, ale bardzo melodyjne. Mówię o zaskoczeniu, bowiem w ekstremalnym metalu coraz rzadziej możemy usłyszeć coś, co nie jest jedynie popisem shredu.

Wyróżnia się również "Contractor". Pierwsze półtorej minuty przywodzi mi na myśl "Fucking Hostile" Pantery - czysta, niczym nie skrępowana moc. Panowie nie zwalniają i serwują nam kapitalny "Fake Messiah" z wyśmienitym refrenem. Następne utwory są w zasadzie potwierdzeniem klasy zespołu - wpadające w ucho riffy ("Everything To Nothing"), solówki na bardzo wysokim poziomie, nietuzinkowa kompozycja ("Reclamation") i moc, której może pozazdrościć wiele innych kapel.

Jeżeli chcecie posłuchać nowoczesnego thrashu na światowym poziomie, polecam najnowsze dokonanie Lamb Of God. "Wrath" to wulkan energii wypełniony świetną i "wściekłą" muzyką, która nie znudzi się wam po dziesięciu minutach słuchania.

Maciej Betliński

Zdaniem Jacka Walewskiego:


Lamb Of God kilka lat temu zyskał powszechny poklask metalowej gawiedzi albumem "Ashes The Wake". Kolejny ich krążek był już raczej co niemniej klasę słabszy, spotkał się jednak z jeszcze większym zainteresowaniem mediów i gwiazd gatunku w postaci Megadeth i Slayera, które to zespoły stały się poniekąd mecenasami grupy, biorąc ją na swoje trasy koncertowe w postaci supportu.

"Wrath" spotkał się z sympatią już nawet u panów z Metalliki, którzy postanowili Lamb Of God pokazać swoim fanom na swoim ostatnim tour. Czy muzycy faktycznie zasługują na taką szansę, jaką zgotował im los? Przysłuchując się ich ostatniemu wydawnictwu na zaraz potem ich pierwszym trzem albumom, dochodzę do wniosku, że wszystko to spotyka ich za późno. "Wrath" jest bowiem - podobnie jak jego poprzednik - pozycją o wiele mniej interesującą niż wcześniejsze dokonania "Baranka".

Intro "The Passing" aż nazbyt przywołuje na myśl początek płyty "Master Of Puppets" Metalliki. Kolejno następujące po sobie numery są zaś oparte na podobnych schematach - nasiąknięte ekwilibrystyką Dimebaga z Pantery riffy, melodyjne, wykrzyczane przez Randy’ego Blythe’a refreny. Przez powyższe wszystkim kompozycjom brakuje pewnego indywidualizmu i feelingu, czym cechowały się choćby utwory ze wspomnianego już "Ashes The Wake". Wyróżnia się tylko napędzany porządnie testosteronem wściekły "Contractor", którego jednak trudno uznać za jakieś szczególne osiągnięcie kapeli.

Oczywiście trudno zarzucić cokolwiek muzykom pod względem sprawności technicznej. Album jest również świetnie nagrany oraz posiada zarówno selektywne jak i nie pozbawione drapieżności brzmienie. Czy jednak to wystarczy, by uznawać Lamb Of God za nadzieje thrashu? Wątpię.

Jacek Walewski
Ocena: 6/10