Już na wstępie muszę się przyznać - uwielbiam muzyków nietuzinkowych, szalonych, jednoczenie mających faktyczny pomysł na swoją twórczość i do tego szybko się nim… nudzących. A tacy właśnie zdają się być panowie z Orange The Juice...
Rozpoczynające "You Name It" intro "Facing The Monsters" początkowo brzmi jak wycięte z soundtracku jakiegoś horroru, by po chwili zamienić się w jazzowo-grindcore'ową kakofonię. W ogóle nie przygotowuje jednak na to, z czym słuchacz styka się w "Cradle To The Grave", którego początek został chyba zainspirowany ścieżką dźwiękową jakiejś rąbniętej kreskówki. Po chwili utwór zamienia się w szaloną grindowo-metalową gonitwę z histerycznym, wściekłym wokalem, by po dwóch minutach przejść w liryczne, delikatne plumkanie. Podobnie sprawy mają się w "Out Of Place", gdzie to wszystko dopełnia jeszcze… taneczny refren. W "Package Deal" muzycy do tego mirażu dodają jeszcze elementy reggae. Właściwie nie ma sensu dalsze wymienianie kolejnych numerów i ich poszczególnych motywów w nich występujących. Dość powiedzieć, że trudno byłoby chyba wymienić gatunki, którymi kapela się nie inspiruje. Poza hip-hopem, techno i disco-polo chyba jest tutaj wszystko. Szaleństwo i gniew goni tutaj psychodelię i melancholię, zastępowane potem przez radość i spokój.