Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Chair In The Doorway

The Chair In The Doorway - Living Colour

The Chair In The Doorway

Wykonawca:

Living Colour

Gatunek:

Hard rock

8 /10

Jeden z najoryginalniejszych bandów grających szeroko pojętego rocka powrócił po 6 latach studyjnego milczenia z płytą, która mówiąc kolokwialnie, swą energią i pomysłowością wysadza z laczków.

Living Colour to, jeśli ktoś nie wie, zespół złożony z czterech Afroamerykanów, którzy na kanwie rocka i funky postanowili grać crossover, ale taki z prawdziwego zdarzenia. Nie chodzi tu o połączenie thrash metalu z hardcorem, a o scalenie w jedno wspomnianego już rocka i funky z grungem, heavy metalem i jazzem. Tyle słowem wstępu.

"The Chair In The Doorway" pozostaje eklektyczną mieszaniną świetnie zespolonych w jedno wielu stylów muzycznych, tworzących razem spójną całość klimatu płyty. I to się podoba. Album zaczyna się od trzech naprawdę mocnych uderzeń. "Burned Bridges" to hard rockowy hicior pełną gębą z momentami, w których gitara spręża w tle jak u samego Morello. "The Chair" to romans z grungem, utwór jest bardzo masywny, posiada ciężar godny Alice In Chains. Trzeci w kolejce "Decadance" (wyborny tytuł!) to natomiast utwór bardziej trącający tradycyjnym heavy metalem. Miarowo, motorycznie sunie niczym walec o nazwie "Black Sabbath". Sami przyznajcie, wyborna mieszanka wybuchowa na start.

Od "Young Man" album traci trochę metalowego pazura i przesuwa się bardziej w rejony rock i funk. Ale Living Colour wciąż potrafią zaskoczyć na "The Chair In The Doorway". "Method" na przykład zbliża się bliżej trip-hopu niż gitarowego wygaru! "Bless Those (Little Annie's Prayer)" to natomiast coś z pogranicza bluesa, southern rocka i AC/DC! Co nie znaczy, że w pozostałych kompozycjach, o bardziej jednoznacznej proweniencji nic się nie dzieje. W "Hard Time" np. spokojna zwrotka zestawiona jest z masywnym chorusem.

Całość spięta jest ciekawym brzmieniem, których jednych może irytować, drugich intrygować. Gitary są bardzo... oszczędne na "The Chair In The Doorway", lekko schowane w tle, wychylające się tylko do partii solowych. Tworzy to pewną masywność (wyeksponowane mocarne bicie perkusji) soundu i przestrzeń dla głównej gwiazdy przedstawienia - Coreya Glovera. Jeśli chcieliście wiedzieć jak brzmiałby Anthony Kiedis (z Red Hotów, tak na wszelki wypadek) z czarną barwą głosu - oto macie odpowiedź! Corey, rzecz jasna, brzmi po swojemu, ale wiele razy załącza podobną manierę co Tony, ale co najważniejsze, każdej kompozycji z osobna nadaje indywidualny charakter.

Bardzo zacna to płyta jest. Jeszcze jakiś czas temu, gdy radia puszczały skomercjalizowaną Metallicę, czy żale Cobaina każdy utwór z "The Chair In The Doorway" byłby hitem każdej listy przebojów. Co ważne też, trzeba w tę płytę się wgryźć, wyłapywać po kolei kolejne jej elementy, a to zapewnia, że nie znudzicie się tym albumem tak szybko jak innymi. Całość może nie jest rewolucyjna, ale na pewno rewelacyjna. Luz, inteligencja i talent - tak mało a tak dużo trzeba było, żeby powstała rockowa płyta z prawdziwego zdarzenia. Jestem na tak.

Grzegorz Żurek