Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Halford III - Winter Songs

Halford III - Winter Songs - Halford

Halford III - Winter Songs

Wykonawca:

Halford

Gatunek:

Heavy metal

7 /10

Gdy pierwszy raz przeczytałem informację o tym, że Rob Halford, Metal God, legendarny wokalista nie mniej legendarnego Judas Priest postanowił nagrać płytę z... piosenkami świątecznymi to lekko zgłupiałem. Metal i święta? Halford bawiący się w Krawczyka śpiewającego kolędy i pastorałki?!?! Widać za wcześnie stwierdziłem, że po "Nostradamusie", katastrofalnej ostatniej płycie Judas Priest, nic głupszego muzykom tej formacji już się nie może zdarzyć popełnić.

Tym bardziej moje niechętne podejście do "Winter Songs" potęgował fakt, że ja naprawdę czekałem na trzecią solową płytę ekipy spod szyldu Halford. Od wydania "Crucible" śledziłem wieści i newsy dotyczące odkładanej wciąż premiery roboczo nazwanego albumu "3" i oczekiwałem ponownie mięsa, stali i zapachu spalin. A dostać miałem songi o małym Jezusku. Płyta już jest na sklepowych półkach... I co mogę o niej napisać? Otóż że miło gdy człowiek pozytywnie się zaskakuje...tak akurat przed Mikołajkami, hehe. Więc do rzeczy.

Przede wszystkim dostajemy METAL. Klasyczny, momentami "resurrectionowy" ("Get Into the Spirit" i chodzi o trochę inny spiryt niż zazwyczaj w ciężkiej muzie), chwilami bardziej british steel'owy ("Christmas For Everyone" bujający fajnym klimatem rodem z lat 80-tych) tudzież niekiedy bardziej trącający power metalem ("Oh Come O Come Emanuel" - tytuł mocno ryzykowny zważywszy na orientację Roba... dobra, to było słabe). No i rzecz jasna zgodnie z tematyką dzieła kilka ballad, rzeczy, mówiąc krótko, muzycznie już bliżej świątecznego klimatu. Niekiedy te wolniejsze kawałki nieźle zaskoczą, tak jak np. tytułowa kompozycja z jakimś bitem momentami buszującym w tle. Z tych bardziej nastrojowych utworów zdecydowanie najbardziej wyróżnia się "Light Of The World" ze świetną nostalgiczną solówką i fajnymi, jakby śpiewanymi od niechcenia, zaśpiewami Roba. A główny aktor przedstawienia, co trzeba przyznać, jest w wybornej formie. Może nie śpiewa już z takim powerem i pompą jak jeszcze parę lat temu, cóż, wiek bezlitośnie robi swoje. Ale wciąż jest na poziomie kosmicznym, boskim, tytuł zobowiązuje. Muzykanci towarzyszący Halfordowi tym razem ograniczyli się do roli ludzi od akompaniamentu do wokalu, niczym specjalnym się nie wyróżniają. Nie wypada produkować gitarowej siary przy rodzącym się Zbawicielu, co nie?

No i fajnie, muza słodko przewidywalna i klasyczna. I tylko zatwardziałym metalom tematyka tekstów może przeszkadzać. Takim ludkom Halford dość jasno mówi, co myśli w songu o wymownym tytule "I Don't Care". Swoją drogą też mocno klasycznie Priestowym, brzmiącym jak połączenie "British Steel" z "Defenders Of The Faith". Niezły psikus przyznajcie sami. Arka Noego w wersji hard and heavy, przy całym zachowaniu metalowego etosu. Czegoś takiego jeszcze nie było, a jak było, to na pewno nie było tak udane jak "Winter Songs".

"W tym szaleństwie jest metoda!" można powiedzieć słuchając trzeciej solowej propozycji Halforda. Nie jest to najlepsza płyta, na której śpiewa, ani nie najgorsza. Inna a zarazem taka sama. Metalowa a zarazem ckliwie świąteczna. Łącząca ogień z wodą, blask z ciemnością, moc truchleje itepe... Metal God nic już nie musi udowadniać, tą płytą udowodnił wszystko. Za muzykę 6, ale za pomysł i odwagę 7.

Grzegorz Żurek