Kup Magazyn Gitarzysta

Mustasch - Mustasch

Mustasch

Wykonawca:

Mustasch

Gatunek:

Stoner

9 /10

Z nową płytą moich faworytów z Mustasch jest niezła zamota...Niby wyszła, ale tylko w Skandynawii. Niby można ją kupić, ale tylko z zagranicy. Chyba już wiem jak to wyglądało za komuny, gdy trzeba było albumy swoich idoli ściągać z westu. Nic to, sprawa się wyjaśniła gdy Nuclear Blast podpisał papiery ze Szwedami. W oczekiwaniu na ogólnoeuropejskie wydanie "Mustasch" pochylcie się nad tą recenzją, by dowiedzieć się, że jest na co czekać.

Zatem pomijając już kwestie kronikarskie czy to album z 2009 czy 2010 roku ("druga" premiera 08.01), odchodząc od kwestii wydawców itp. chciałbym z czegoś się wyspowiadać. Otóż od momentu gdy Mystic wydał mini-album Mustasch "Parasite" pokochałem tych Szwedów jak poprzednio mało kogo. "Latest Version Of The Truth" tylko umocniło mnie w mej miłości, a starsze nagrania Mustasch, do których dokopywałem się niczym archeolog również potwierdzały klasę Mustasch. Więc jak to jest z tą nową płytą "Wąsów"? Jest wyśmienicie!

Krótkie intro, korespondujące z poprzednim albumem między innymi orkiestracją, wprowadza w klimat "Mustasch" i dobry nastrój. Bo muzyka Mustasch to przede wszystkim bardzo pozytywne granie. Niby li tylko połączenie heavy metalu i stonera, a jednak buja jak mało co innego. Co potwierdza rozpoczynający jazdę bez trzymanki "Heresy Blasphemy". Jest to utwór, którego nie sposób określić inaczej niż stu procentowa wizytówka stylu Szwedów. "Cult'owy" sposób śpiewania Ralfa, szybki ciąg na bramkę, gitarowe wywijasy i prosty przytup, przy czym wszystkie te czynniki złożone do kupy tworzą wyborny hit. A to dopiero początek.

Singlowy "Mine" to kompozycja godna ustawienia w "Metal Hall Of Fame". Głównym punktem tego utworu jest porywający refren, którego to aż tak hiciarskiego Mustasch w swej karierze nie miał. A parę legendarnych chorusów ten band ma na koncie... Kawałek ten powinno puszczać każde radio, no ale cóż... Kolejne utwory w programie, to następne charakterystyczne dla Mustasch tracki, które nie pozostawiają chwili na oddech, za to zostawiają słuchacza ze szczerym uśmiechem radości z obcowania z wysokooktanową rockową mieszanką wybuchową.

Ale Mustasch na nowej płycie postanowił nie tylko spoczywać na laurach, i grać w sprawdzonym, dobrze rozpoznawalnym stylu. Szwedzi na "Mustasch" troszkę pokombinowali tu i tam, a rzeczone kombinację zaczynają się od "Desolate". Utwór ten jest bardziej rwany niż reszta, posiada spokojniejszy, wyrazisty refren i odjechaną końcówkę, w której zawodzące skrzypce mieszają się z tupaniem brzmiącym jak sławetna partia z "We Will Rock You" Queen! "I'm Frustrated", kolejny z zaskakujących utworów, to... ballada z akustykiem w tle. W kawałku tym powraca orkiestra, która tak miło urozmaicała "Latest Version Of The Truth". Kolejnym elementem zaskoczenia jest monumentalna końcówka "Blackout Blues" (który to track nic wspólnego nie ma z bluesem, no chyba że jakimś power bluesem). A wszystko wieńczy mistrzowski "Tritonus", w którym orkiestra rozhulana już jest na całego, a wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie.

"Mustasch" to 100% Mustasch i coś więcej. Kto kochał Szwedów, po tej płycie pokocha ich jeszcze bardziej. Kto ich nie zna niech jak najszybciej to zmieni. Wąsy rządzą czy tego chcecie czy nie! Przemyślana, czarująca, energetyzująca płyta.

Grzegorz Żurek