Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Brand New Eyes

Brand New Eyes - Paramore

Brand New Eyes

Wykonawca:

Paramore

6 /10

Wielu ludzi miało za złe, że Paramore zyskali nie lada rozgłos dzięki temu, iż ich nagranie obecne było w wątpliwej jakości "dziele" filmowym o znanym tu i tam zmierzchającym tytule. Było nie było, mimo lamerskiego tekstu, "Decode" przyciągał jakimś niepokojącym klimatem. I mimo iż była to nowa wersja Paramore, wersja lite, to kawałek ten był i jest wciąż wg mnie udany. Przyszła w końcu nowa płyta kapeli urokliwej Hayley Williams a z nią nadzieję milionów emo młodzieńców i neo gotyckich nastolatek. "brand new eyes" szału nie wywołuje, ale też nie zawodzi.

Na Paramore natrafiłem w czasach ich debiutu. Kapela ta zanęciła mnie kawałkiem "All We Know" i przyznam, nie wiem czemu, potraktowałem ich jako coś więcej niż ciekawostkę. Aczkolwiek na ich koncerty czy nowe wydawnictwa nie czekam z wypiekami na blogu, słowem - fanem jakimś nie jestem. Ot, miła i przyjemna, relaksująca i przewidywalna muzyczka do pobujania na pochmurne dni. Toteż może brak ciśnienia podtwardówkowego i nerwowego ślinotoku sprawił, że spędziłem z "Brand New Eyes" miłe czterdzieściparę minut?

Po wypłynięciu na szersze wody, dzięki świecącemu jak uśmiech Hajzera Edwardowi, można było spodziewać się po Paramore niemal wszystkiego. Że złagodzą swoją muzykę (hmm... no ale jak złagodzić jeszcze bardziej pop-rock?!), że to i tamto. Tymczasem Amerykanie zaskoczyli głównie tym, że jakoś specjalnie się nie zmienili. To wciąż mniej więcej ten sam Paramore - muzyka idealna do wypełnienia tła a i radująca michę też wtedy gdy skupiasz się chwilę dłużej na tych niewymagających dźwiękach.

Bo żeby była jasność. Artystycznie mamy do czynienia właściwie z pół-produktem. Wykastrowane z brudu gitary (a nazywają ich pop-punkiem...ojcowie założyciele gatunku przewracają się chyba w grobach jak ich styl wyewoluował...), proste do bólu aranże, powtarzające się często schematy..."Brand New Eyes" to płyta dla zbuntowanych nastolatków, którzy po cichu zazdroszczą emo i wciaż zastanawiają się czy zajarać w końcu tę pierwszą fajkę czy nie. Mocne słowa, ale prawdziwe. Ale przy tym album ten potrafi wywołać uśmiech radości. Bo w prostocie jest metoda. Jako odskocznia, odetchnięcie od ambitniejszych propozycji Paramore jest jak znalazł. To taka jakby reminiscencja popularnych na przełomie wieku kalifornijskich klimatów. Każdy się śmiał z Blink ileśtam, a każdy ich utwory pod nosem z zaskoczeniem niekiedy nucił, czyż nie?

Jest targetowanie, jest gra pod publiczkę, jest chwytanie koniunktury i jest parę naprawdę niezłych melodii. Takie czasy przyszły, że wszędzie mamy do czynienia z produktami. Więc kupuj je, drogi czytelniku albo nie, ale muzyka to wciąż muzyka. Więc ją słucham. I posłucham jeszcze niekiedy od czasu do czasu. Już lepsze dla obecnych fanów Disneya Paramore niż HSM, Hanna Montana czy Jonas Brothers. Choćby miał to być wybór między dżumą a cholerą.

Grzegorz Żurek