Mamy rok 2005. Mija połowa pierwszej dekady XXI wieku, świat wciąż jest śmierdzącym miejscem, w którym czegoś brakuje. Brakuje NIN...Mamy rok 2009. Kończy się pierwsza dekada XXI wieku, świat śmierdzi jeszcze bardziej, a Trent zawiesił działalność dziewięciocalowych gwoździ na kołku. Ale w 2005 roku, po 6 letniej przerwie wydawniczej Nine Inch Nails uraczył nas albumem. Więc kto wie, może jest jeszcze nadzieja...? Ale do rzeczy.
Po niewątpliwie złotej erze dla NIN, latach 90-tych, w których to ukazały się tak legendarne albumy jak "Broken", "The Downward Spiral" i "The Fragile" Trent postanowił poczekać z wydaniem nowego materiału. Artysta skupił się na batalii z wewnętrznymi demonami, i po wygraniu walki ruszył do komponowania nowego materiału. Po 6 długich latach niektórzy zapomnieli już o NIN, inni mieli zbyt wygórowane oczekiwania. Gdy "With Teeth" aka "Halo_19" ujrzało już światło dzienne zdania fanów i krytyki podzieliły się jak Morze Czerwone pod Mojżeszową laską. A niesłusznie bo, odważę się to stwierdzić, wspomniany album to najbardziej dojrzała płyta w dorobku Nine Inch Nails. A przy tym "With Teeth", mimo iż zęba posiada głównie w nazwie, to prawdziwe El Dorado pomysłów.