Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Divinity Of Oceans

The Divinity Of Oceans - Ahab

The Divinity Of Oceans

Wykonawca:

Ahab

8 /10

Swego czasu, imponujący debiut Ahab ogłuszył mnie znienacka niczym trzaśnięcie płetwą Moby Dicka. Niesamowicie świeży, potężny i jakże morski to był materiał. Pościg za białym kaszalotem zaprowadził Niemców w takie głębiny, w jakie nikt się wcześniej nie zapuszczał. Słowem, absolutna czołówka 2006 roku, nie tylko w kategorii doom.

Na drugim albumie załoga nie zeszła na ląd, ale z mocno pokiereszowanego przez wieloryba okrętu przesiadła się na tratwę. Wprawdzie biedaki trafili na Tratwę Meduzy, gdzie jak wiadomo tylko głód i trwoga, ale to betka dla zaprawionej w bojach ekipy kapitana Ahaba. Niestety oczywistym jest, że tratwą za bardzo poszaleć nie można, więc Niemcy wpłynęli na spokojniejsze i znacznie płytsze wody. W skrócie znaczy to, że na "The Divinity of  Oceans" nieco brakuje absolutnej głębinowej ciemności i bardzo wyraźnie odczuwalnego na debiucie nacisku setek atmosfer. W zamian zespół oferuje kilka promyków światła i nieco więcej tlenu. Wprawdzie ortodoksi nie mają powodów do obaw, bowiem muzyka kapeli wciąż jest ponura jak dupa Gigantactis Gargantua, trochę brakuje mi w niej jednak niepokojącego klimatu obecnego na pierwszej płycie.

Materiał na "The Divinity of  Oceans" jest bardziej melancholijny i stonowany, choć z drugiej strony Ahab ani na chwilę nie wychodzi poza ramy funeral doomowej szuflady. Efekt ten osiągnięty został przede wszystkim przy pomocy znakomitych, długich i rozmytych partii gitary (np. w końcówce "Tombstone Carousal"). Ciekawe brzmienie tego instrumentu charakteryzowało już pierwszy krążek; teraz panowie poszli o krok dalej. Tak nie gra żaden zespół obracający się w tej stylistyce. Większą rolę niż wcześniej odgrywają tu także czyste wokale, mające momentami natchniony, niemal religijny charakter. Przywodzi mi to na myśl dwie pierwsze płyty Pantheist. Przebić taki album jak "The Call of The Wretched Sea" to zadanie niełatwe i być może dobrze się stało, że kapela nie próbowała dokonać tego za wszelką cenę. Mogłoby się to skończyć zakopaniem w pokładach mułu zalegających na dnie oceanu. Mimo więc tych niewielkich w gruncie rzeczy zmian muza Ahab wciąż razi prawdziwie hipnotyczną mocą. Bez wątpienia krążek nadaje się do wielokrotnego odsłuchu i ciągłego odkrywania w nim nowych elementów.

Podsumowując, Ahab to absolutna pierwsza liga sceny funeral doom, a kto twierdzi inaczej zasłużył sobie na bilet na dziewiczy rejs Titanica. Jak bowiem mawiał Starbuck, pierwszy oficer Pequoda: "Nie chcę mieć w swej łodzi człowieka, który nie lęka się wieloryba".

Szymon Kubicki