Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Blood Ceremony

Blood Ceremony - Blood Ceremony

Blood Ceremony

Wykonawca:

Blood Ceremony

9 /10

Lee Dorrian z Rise Above dawno temu zasłużył na medal za zasługi w promowaniu świetnych okołodoomowych kapel, ale tak smakowite kąski jak Blood Ceremony nawet jemu nie trafiają się często. Kanadyjczycy są tak doskonale oldschoolowi, jak tylko można to sobie wyobrazić. Choć zespół założyli w roku 2006, wyglądają jakby zostali żywcem przeniesieni z początku lat 70’ i grają adekwatną do tego muzykę.

Dorzuciwszy do tego nazwę pochodzącą zapewne od horroru Jorge Grau z 1972 r., okultystyczną aurę oraz teksty o wiedźmach i innych takich ("...I see witches in the sky..."), otrzymujemy spójny wizerunek psychodelicznych rockowców, tak charakterystyczny dla tamtych zamierzchłych czasów. Zespół ani na chwilę nie wypada z roli, konsekwencją dorównując kolegom z wytwórni - Witchcraft. I podobnie jak ci ostatni, także chłopaki z BC osiągają efekty muzyczne równie znakomite, co dojrzałe. Słuchając "Blood Ceremony" aż trudno uwierzyć, że to debiut Kanadyjczyków. Zespół bazuje na ciężkich riffach w stylu Black Sabbath czy Pentagram, które podane są z niezwykłym wdziękiem i folkową lekkością. Duża w tym zasługa doskonałych partii fletu (skojarzenia z Jethro Tull jak najbardziej na miejscu) oraz klawiszy. Za instrumenty te oraz za śpiew odpowiada niejaka Alia O’Brien, która nadspodziewanie dobrze wywiązuje się z wokalnych obowiązków. Alia za mikrofonem nie szarżuje i nie przegina z ozdobnikami (co wydaje się być częstą zmorą wokalistek), a barwa jej głosu dobrze współgra z muzyką kapeli. Tak więc wszyscy ci, którzy nieufnie podchodzą do płci pięknej za mikrofonem, w tym przypadku nie powinni się zrażać.

I chociaż zdaję sobie sprawę, że zespół prochu nie wymyślił, a bezkrytyczne spoglądanie w stronę odległej historii rocka zaczyna ostatnimi czasy przybierać postać kolejnej mody, zupełnie nie przeszkadza mi to w odbiorze albumu. Znakomity krążek.

Szymon Kubicki