Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Wacken Carnage

The Wacken Carnage - Bloodbath

The Wacken Carnage

Wykonawca:

Bloodbath

Gatunek:

Death metal

7 /10

Cztery długie lata jedna z najjaśniejszych konstelacji gwiazd szwedzkiego firmamentu kazała czekać na zaproszenie na kolejną wizytę w krwawej łaźni. Wreszcie rok 2008 zaowocował aż trzema wydawnictwami - najpierw epka poprzedzająca kolejny album, później koncertówka, wreszcie nowa płyta.

Tym razem na tapetę wędruje koncertówka zarejestrowana na Wacken w 2005 r. Peaceville spisała się wzorowo i oprócz płyty audio zapakowała w pudełko również wersję DVD. A zatem uczta dla oczu i uszu. Bloodbath nie lubi grać na żywo, ale skuszony przez organizatorów walizą pełną euro i stadem zawsze chętnych niemieckich gruppies, pasionych wysokogatunkową salami, dał się namówić na ów występ. W tym czasie gwiazda Tagtgrena przestała świecić dla Bloodbath i do konstelacji powrócił Akerfeldt. Jedwabistogłosy archanioł Mikael zmienił zdanie, gra w niepoważnym Bloodbath przestała mu przeszkadzać w poważnej karierze w Opeth. Co więcej, dał się namówić na występ w poszarpanym tu i ówdzie t-shircie, srogo potraktowanym ketchupem. Oczywiście, prócz niego na wysokiej jak wieżowiec scenie pojawili się, porażając swym blaskiem zgromadzoną publiczność: Dan Swanö, Anders Nyström i Jonas Renkse (również w "zakrwawionych" t-shirtach) oraz Martin Axenrot.

Jak na gwiazdy przystało, pod względem wykonawczym koncert stoi na naprawdę dobrym poziomie. Wprawdzie, jeśli ma się w składzie Jonasa Renkse na porażający ruch sceniczny nie ma co liczyć, bo jego nie wzruszyłby nawet wybuch nuklearny, ale przynajmniej gra na basie skutecznie nie pozwalała mu zamknąć oczu i w absolutnym bezruchu uderzać dłonią po udzie jak to zwykł czynić za mikrofonem w Katatonia. Ten drobny mankament niwelowali Nyström i Swanö, który podobno już od dawna nie przepada za death metalem, co jednak nie przeszkadza mu firmować nazwiskiem tego rodzaju przedsięwzięć. Cóż, pecunia non olet, jak mówiali starożytni Rzymianie. Kawałki zostały dobrane idealnie. Na pierwszy ogień poszedł hiciarski "Cancer of The Soul" z dwójki, płynnie przechodzący w pędzący "So You Die" z debiutu. W czasie koncertu zespół promował świeżą wtedy "Nightmares Made Flesh" i stamtąd pochodzi większość materiału, ale set objął także całą epkę "Breeding Death".

Brzmienie jak na koncert, jest perfekcyjne. Dla mnie - podejrzanie perfekcyjne i nie wierzę, że obeszło się bez studyjnych poprawek. Z płyty audio brzmi to niemal jak koncert na żywo, tyle że rejestrowany w studio. Każdy dźwięk, każda solówka jest doskonale słyszalna, co zwłaszcza przy DVD sprawia najzwyczajniej sztuczne wrażenie. Wiem, że Akerfeldt jest perfekcjonistą w każdym calu, ale bez przesady, koncert to w końcu koncert. Zresztą, jakby się temu DVD uważnie przyjrzeć, wokalista jakiś taki szczuplejszy niż zwykle się wydaje i jakby nos ma mniej kartoflany... Mikael, Mikael, nieładnie.

Szymon Kubicki