Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Spirit Black

Spirit Black - Jorn

Spirit Black

Wykonawca:

Jorn

Gatunek:

Hard rock

8 /10

Długo próbował określić się Jorn Lande, w którym gatunku jego możliwości wokalne sprawdzają się najlepiej. Kombinował z prog metalem w Ark czy Beyond Twilight, robił dziwne miny w teledyskach power metalowego Masterplan, czy nawet próbował swych sił w rock operze (Genius). A po co, skoro najkorzystniej jego walory wychodzą w korzennym, rasowym, tradycyjnym hard rocku?

Licząc album z coverami, nie licząc natomiast live albumu mamy do czynienia z siódmą odsłoną Jorna solo. Siedem płyt w dziewięć lat? Pozazdrościć werwy, energii, zapału ale przede wszystkim talentu. Coś jest w tym, że najlepsi nie silą się na wieloletnie nagrywania, tylko wylewają swoją miłość wprost z serca na dźwięki. Judas Priest czy Iron Maiden chociażby rokrocznie prezentowali słuchaczom klasyki w złotych czasach ciężkiej muzyki. Bo z Jornem Lande jest jak z Ac/Dc. Od początku wiesz, co dostaniesz na jego kolejnym solowym krążku. I od początku wiesz, że na pewno się nie zawiedziesz.

Ludziom, którzy Jorn nie znają, śpieszę z wyjaśnieniami "z czym to się je". Otóż na "Spirit Black" mamy do czynienia z hard rockiem w swojej archetypicznej postaci, ze zdawkowymi i mocarnymi riffami, miarowym przytupem perkusji i TYM klimatem, który generują tylko najwięksi pokroju Dio czy Whitesnake. Nie byłoby to jednak solowe wydawnictwo Lande'a, gdyby nie fakt, iż tak naprawdę pierwszą rolę w wydarzeniach na tym krążku odgrywa ten norweski wokalista. Od momentu gdy dostajemy na start utwór tytułowy głos Jorna powoduje ciary i stawia włoski na plecach. Gdyby zaczynał on karierę w latach '70 byłby dzisiaj bogiem pokroju małego-wielkiego Ronniego, to pewne. Dziś taka muza sprzedaje się trochę gorzej...ale my tu nie o tym. Jorn śpiewa momentami z zadziorem, którego dawno nie było słychać w jego głosie, to dobrze, wszak dodaje to pieprzu całości. Tradycyjnie gdy wchodzi w swoje "jedwabiste" górki wszystko na chwile ustaje, a my delektujemy się skalą możliwości tego muzyka.

Ale głos, było nie było, to tylko jedna z części składowych całego tego majdanu o nazwie "Spirit Black". Kompozycyjnie mamy mnóstwo "wałków" - masywnych utworów sunących niczym walec w klasycznie hard rockowym średnim tempie. Ale to nie znaczy, że wszystkie kawałki są odbite od jednej kalki, co to to nie. "Road of the Cross" zaskakuje skręcaniem w stronę orientu i razi epickim klimatem. "City Inbetween" to rzecz bardziej żwawa, z kapitalną partią solową. A taki "Rock And Roll Angel" zaczyna się niczym z okolic stonowanej, spokojnej balladki by przemienić się w toczący się niczym lokomotywa hicior z, a jakże, świetnymi zaśpiewami Jorna. Jedyną rysą na "Spirit Black" jest cover "I Walk Alone" z repertuaru...Tarji Turunem (seriously, wtf?!?!). Nie wiem co autor miał na myśli umieszczając w tak wyśmienitej karcie dań takiego zakalca, ale z racji iż mam funkcję "skip" w odtwarzaczu mogę to wybaczyć Jornowi.

Zsumuj klasyczne podejście do komponowania z niebagatelnym wokalistą, dodaj do tego kapitalną okładkę (ach te "black metalowe" norweskie dziedzictwo Jorna ;) i odpowiednie, masywne brzmienie całości a jako wynik pojawi się "Spirit Black". Słuchając tych kilku przewidywalnych hard rockowych kawałków czuje się dosko niczym jeden z topowych rodzimych wokalistów. Bo po co wymyślać na siłę, kombinować i się spinać? Jorn wie gdzie jego miejsce i mimo iż nie zaskakuje już tak jak kiedyś, ale za upór i konsekwencje należy mu się szacunek. Trochę gorzej niż to było na Allen/Lande "The Revenge" ale na pewno lepiej niż na zeszłorocznym "Lonely Are The Brave".

Grzegorz Żurek