Długo próbował określić się Jorn Lande, w którym gatunku jego możliwości wokalne sprawdzają się najlepiej. Kombinował z prog metalem w Ark czy Beyond Twilight, robił dziwne miny w teledyskach power metalowego Masterplan, czy nawet próbował swych sił w rock operze (Genius). A po co, skoro najkorzystniej jego walory wychodzą w korzennym, rasowym, tradycyjnym hard rocku?
Licząc album z coverami, nie licząc natomiast live albumu mamy do czynienia z siódmą odsłoną Jorna solo. Siedem płyt w dziewięć lat? Pozazdrościć werwy, energii, zapału ale przede wszystkim talentu. Coś jest w tym, że najlepsi nie silą się na wieloletnie nagrywania, tylko wylewają swoją miłość wprost z serca na dźwięki. Judas Priest czy Iron Maiden chociażby rokrocznie prezentowali słuchaczom klasyki w złotych czasach ciężkiej muzyki. Bo z Jornem Lande jest jak z Ac/Dc. Od początku wiesz, co dostaniesz na jego kolejnym solowym krążku. I od początku wiesz, że na pewno się nie zawiedziesz.