Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Journey Through Lands Unknown

Journey Through Lands Unknown - Pantheist

Journey Through Lands Unknown

Wykonawca:

Pantheist

10 /10

Tytuł trzeciego albumu Pantheist jest wyjątkowo adekwatny do jego zawartości. Wraz z rozpoczynającym płytę dźwiękiem odjeżdżającego pociągu zespół zabiera słuchaczy w niezwykłą podróż po nieznanych krainach.

Już doskonały debiut kapeli nie pozostawiał wątpliwości, że Pantheist jest zdecydowanie nietuzinkowym aktem, nie zamierzającym ograniczać się do sztywnych ram doom metalu. Kolejna "Amartia" to w sumie krok bardziej w bok niż do przodu, ale wraz z "Journey Through Lands Unknown" muzyka wróciła na właściwe tory i co więcej, zdumiewająco wręcz pognała do przodu. Ten krążek z impetem rozsadza w drzazgi funeral doomową szufladkę i oszałamia bogactwem nastrojów. To zdecydowanie jeden z najciekawszych i najbardziej urozmaiconych płyt w tym gatunku jakie dane mi było usłyszeć. Każde kolejne przesłuchanie odsłania kolejne warstwy tego materiału oczywiście pod warunkiem, że słuchamy go w odpowiednim skupieniu. Zdarza się, że w obrębie jednego kawałka dzieje się tu więcej niż w całej dyskografii niektórych doomowych ultrasów. Najważniejsze, że nie ma tu żadnego chaosu, a każdy fragment idealnie do siebie pasuje.

Przykładem niech będzie choćby pierwszy "Deliverance", w którym niemal bajkowe, oniryczne fragmenty sąsiadują z death metalową partią przypominającą mi nieco Pan.Thy.Monium by następnie przejść w rewelacyjną partię hammondów przywodząc na myśl lata ’70. Zresztą to właśnie doskonałe ścieżki klawiszy oscylujące między dźwiękiem fortepianu a brzmieniem hammonda mają chyba największy wpływ na instrumentalną warstwę albumu. Im dalej w krążek tym więcej akcji, a słuchacz nigdy nie ma pewności czym zostanie za chwilę zaskoczony. Może to być ciężkie i motorycze przyspieszenie z growlingiem przeplecione solem na hammondach, gdzieś w środku "Unknown Land", albo akustyczna, klimatyczna miniaturka "Haven", nosząca wyraźne piętno Agalloch. Może podniosły, monumentalny 11-minutowy kolos "The Loss of Innocence", inkrustowany epickimi wokalami i partiami fortepianu, albo niepokojący, folkowy, zaśpiewany niemal a capella "Mourning The Passing of Certainty".

Jestem kompletnie urzeczony tą płytą. Cholerne mistrzostwo świata i zarazem jeden z najlepszych albumów 2008 r.

Szymon Kubicki