Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Lucifer Rising

Lucifer Rising - Candlemass

Lucifer Rising

Wykonawca:

Candlemass

Gatunek:

Doom metal

5 /10

Mówiąc dyplomatycznie "Lucifer Rising" to sympatyczny prezent (choć w sumie co to za prezent, za który trzeba zapłacić) dla fanów Candlemass. Niby EPka, a zapewnia 71 minut muzyki, w tym dwa premierowe kawałki. Jednak mówiąc bardziej otwartym tekstem ten krążek to nic innego jak klasyczny zapychacz dyskografii, bez którego spokojnie można się obejść.

Moją przypadłością jest, że w przypadku ulubionych kapel nawet takie zapychacze łykam jak pelikan, więc nabycie "Lucifer Rising" było dla mnie oczywistością. Początek płytki przywołuje czasy "Chapter VI", ponieważ tytułowy opener to szybki, dynamiczny, okraszony chórkami heavy metalowy patatajec. Robert Lowe ze swoją manierą wokalną jest predysponowany do takich klimatów, jednak po ponurym i surowym "King of the Grey Islands" tego akurat się nie spodziewałem. Kolejny "White God", brzmiący trochę jak odrzut z ostatniego długograja to już powrót do wolniejszych temp, szkoda jednak, że powrót mocno bezpłciowy, ponieważ kawałek ten nie w żadnym wypadku nie zapisuje się w pamięci. Czas na nową wersję "Demons Gate" czyli kontynuację polityki ponownego nagrywania z udziałem Roberta kolejnych evergreenów, których Szwedzi mają pod dostatkiem. O ile w przypadku "Solitude" oraz "At the Gallows End", dorzuconych jako bonus do poprzedniego albumu zabieg taki wydawał się sensownym posunięciem, tak tym razem jest to już nieco naciągane. Wcale nie dlatego, że "Demons Gate" AD 2008 brzmi jak kupa, jak również nie dlatego, że znana z debiutu kanoniczna wersja tego utworu w wykonaniu Johana Lanquista jest nietykalna. Po prostu w tym przypadku wchodzenie dwa razy do tej samej rzeki nie wygląda szczerze.

Pozostałą część EPki wypełniają koncertowe nagrania z występu w Atenach. Można odnieść wrażenie, że nikt szczególnie przy tych kawałkach w studio nie majstrował, co w większym stopniu pozwala na wczucie się w nastrój koncertu. Słychać wyraźnie publiczność chwilami śpiewającą refreny głośniej niż Lowe. Niestety słychać również wpadki wokalne nowego frontmana, co szczerze mówiąc trochę mnie dziwi, bo przekonałem się na własne oczy i uszy, że co jak co, ale śpiewać na żywo to on naprawdę potrafi. O ile nieczyste wykonanie choćby takich "Of Stars and Smoke" czy "Samarithan" można jakoś przeżyć, tak zdecydowanie boli jak słyszę kompletnie położone wokalnie "Under the Oak". Niemrawy i mało przekonujący początek tego kawałka to tylko smutne preludium do pełnej eksplozji fałszów, jakie Amerykanin radośnie prezentuje w dalszej jego części. Zęby bolą, a ręka sama szuka rewolweru, żeby biedakowi skrócić te męki. Grubon w habicie może czuć satysfakcję, gdyż on na takie fuckupy sobie nie pozwalał.

Szymon Kubicki