Grób został wykopany już 20 lat temu, a wciąż, jak za najdawniejszych lat, emanuje odpowiednio stęchłym trupim odorem. Nagrobek lśni, a wszystkie chwasty dookoła powyrywane. W przeszłości bywało z tym różnie, choć nigdy jakoś szczególnie dramatycznie. W końcu Grave nawet na słabszych albumach dupy nie dawał i zawsze, bez względu na mody, konsekwentnie trzymał się własnego stylu.
Teraz jednak grób powinien stać się celem znacznie częstszych pielgrzymek, a to za sprawą "Dominion VIII" najlepszej płyty Szwedów od wielu lat. Ten krążek jest lepszy od poprzednika, a nawet udanego "Fiendish Regression", że nie wspomnę o nudnawym "Back From the Grave" czy "Hating Life", którego nie lubię. Co ciekawe, zespół osiągnął ten efekt nawet o centymetr nie wykraczając poza swój emploi. Nie ma tu żadnych nowinek, czy odświeżania dawno wypracowanej formuły. Za pierwszym razem wydaje się więc, że to po prostu kolejny solidny album Grave, którego warto posłuchać, ale ekscytować się już nie za bardzo. Potem jednak okazuje się, że Szwedom bardzo dobrze, lepiej niż na poprzednich krążkach, udało się oddać ducha lat 90, zachowując przy tym świeżość i omijając pułapki sztampy. Wprawdzie w przypadku Grave ciężko mówić o jakimś powrocie do korzeni, zresztą to cholernie wyświechtany frazes, ale chyba tylko głuchy nie usłyszy na nowym albumie wyraźnych nawiązań do choćby "You’ll Never See".