Zawsze tak jest, zawsze...W styczniu, lutym, często i potem zawsze człek trafia na muzyczne perełki roku ubiegłego. Można było wrzucić je gdy był czas do jakichś podsumowań czy innych zestawień, ale nie, złośliwość losu, zaniedbanie czy zwykły traf powoduje, że natrafia się na te diamenciki rychło w czas. Ważne jednak, że się w ogóle trafia. Mnie spotkała ta heca, że na prawdziwie szlachetny kamień 2008 roku natknąłem się, gdy 2009 przechodził powoli w 2010...
Jaki 1 stycznia taki cały rok, tak? Mam nadzieję, że tak będzie, bo w ten piękny międzynarodowy dzień walki z kacem zostałem szczęśliwym posiadaczem ostatniej dobrej płyty Nile ("In Their Darkened Shrines", jakby ktoś miał wątpliwości) za bezcen i kontynuowałem zaczęte dzień wcześniej zapoznawanie się z Danko Jonesem... Kapela tego muzyka z Toronto, a właściwie sam spiritus movens tego całego majdanu, znany jest w światku metalowym głównie z występu na płycie "Metal" swych rodaków z Annihilator, wespół z Angelą Gossow (Arch Enemy) w kawałku "Couple Suicide". Utwór ten dość mocno odbiega od stylu prezentowanego przez ekipę Watersa, jest bardzo lajtowy, rockowy, gardłowa Arch Enemy stanowi w tej kompozycji tylko tło dla Danko. W 2007 roku nie byłem w stanie tego pojąć. Teraz rozumiem. Przy charyzmie, którą reprezentuje sobą pan Jones, Angela powinna się cieszyć, że w ogóle odnotowałem jej istnienie w "Couple Suicide". Ale my tu nie o jednym utworze ze słabej płyty szlachetnych Kanadyjczyków...