Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Descend Into Depravity

Descend Into Depravity - Dying Fetus

Descend Into Depravity

Wykonawca:

Dying Fetus

6 /10

To już szósta płyta brutali z Dying Fetus. Zespół niezmiennie robi swoje, więc - jak można było oczekiwać - najnowszy materiał niczym szczególnie odkrywczym nie zaskakuje.

Wprawdzie Relapse, promując "Descend into Depravity", przesadza nieco w pochwałach kapeli i raczej przecenia jej wpływ na deathmetalową scenę, trzeba jednak  przyznać, że Amerykanie serwują na tyle solidne materiały trzymające w miarę stały poziom, że każdy miłośnik takiego grania nie powinien ich sobie mimo wszystko odpuszczać. Dying Fetus swoją półkę znalazł mniej więcej pośrodku osi łączącej brutalność z techniką. Ich muza nie jest więc ani nadmiernie mordercza, ani też przesadnie pokomplikowana, choć oczywiście nie ma żadnych podstaw, by podejrzewać grajków o warsztatowe braki. Poza tym, co charakterystyczne dla niemal wszystkich podobnych im bandów, każdy wie, co znajdzie na kolejnym albumie, zanim jeszcze powstanie choćby jedna nuta nowych kompozycji. Ta przewidywalność daje bezpieczną pewność tym wszystkim, którzy nie są amatorami zaskakujących zmian. Dla mnie jest ona raczej nużąca, ja jednak zdecydowanie nie należę do pasjonatów death metalu zza wielkiej wody.

Na szczęście nie można nie zauważyć, że "Descend into Depravity" to materiał lepszy niż poprzedni, choć zespół nie ustrzegł się pewnych niedoróbek, czy może - brutalnie rzecz ujmując - wyraźnych objawów kompozycyjnej impotencji. Przede wszystkim więc końcówkę krążka wypełniają kawałki słabsze niż początkowe (może z wyjątkiem końcowego "Ethos of Coercion"). Mimo, że materiał liczy niespełna 35 minut, panowie nie zdołali wypełnić go równymi, dobrymi utworami. W rezultacie album może skutecznie zamulić. A może to tylko przypadek, że praktycznie za każdym razem, podczas odsłuchu "Descend into Depravity" bohatersko walczę ze snem?

Ze spraw pozamuzycznych i nie mających znaczenia dla ogólnej oceny materiału muszę wspomnieć o naprawdę marnej oprawie graficznej. Tym razem obrazek nie tylko wymyka się pewnej określonej konwencji, stosowanej dotąd przez zespół, ale przede wszystkim jest cholernie słaby i już z daleka rzuca się w oczy, że ktoś przesadził z photoshopem. Ogólnie jednak całość daje radę. Zaprawieni w bojach koneserzy amerykańskich krwistych ochłapów powinni czuć się usatysfakcjonowani.

Szymon Kubicki