Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Bethlehems Bastarde

Bethlehems Bastarde - Ataraxie / Imindain

Bethlehems Bastarde

Wykonawca:

Ataraxie / Imindain

9 /10

Nieczęsto zdarza się, by split przynosił słuchaczowi tyle radochy, co pełnometrażowy album. Na splitach zazwyczaj lądują jakieś tam luźne kawałki, niekoniecznie te najlepsze. Nierzadko zdarza się też nadmierny rozrzut stylistyczny czy nierówny poziom wykonawczy kapel. Z recenzowanym splitem, który Francuzi z Ataraxie dzielą z kolegami z wytwórni - Imindain - rzecz ma się całkowicie odmiennie.

Co więcej, w moim odczuciu, to jeden z najlepszych doomowych albumów minionego roku. Gdyby nie to, że trafił w moje ręce dopiero w pierwszych dniach stycznia, na pewno zająłby poczesne miejsce w moim prywatnym płytowym rankingu kończącym rok 2009. Jak sama nazwa wskazuje, krążek poświęcony został kultowemu tu i ówdzie Bethlehem. Każda z kapel zarejestrowała zatem po jednym coverze tego właśnie zespołu, w obydwu przypadkach dość wiernie trzymając się pierwowzoru. Idea tego wydawnictwa polega jednak nie tylko na odegraniu cudzesów, ale także, a w zasadzie przede wszystkim na tym, by własnym utworom, skomponowanym specjalnie na potrzeby "Bethlehems Bastarde", celowo nadać klimat charakterystyczny dla dokonań Niemców. Zabieg ten wymagał od obydwu bandów innego spojrzenia na komponowanie. Osiągnięty rezultat jest bardzo czytelny, kawałki zaś różnią się wyraźnie od tych znanych z regularnych albumów zarówno Francuzów, jak i Anglików.

Ataraxie tak dalece wczuło się w rolę, że "Der Bärtige Masochist", utwór ich autorstwa, zarejestrowany został w języku Goethego. Co ciekawe, o ile Niemcy z powodzeniem łączyli blackmetalowe i doomowe partie, stając się prekursorem kapel pokroju Shining, tak w wykonaniu bohaterów recenzowanego splitu, a zwłaszcza Imindian, całość brzmi jednak zdecydowanie bardziej doomowo. Chociaż trzeba podkreślić, że Ataraxie, podobnie jak w przerobionym "Aphel - Die schwarze Schlange" stawiając na kontrast, wyraźnie uwypukliło ostrzejsze partie, tym doomowym momentom nadając jednocześnie głębokiego, minimalistycznego, niemal ambientowego posmaku. Bardziej klasycznie brzmią Anglicy, choć oni z kolei starali się dostosować do brzmienia wziętego przez nich na warsztat jednego z największych "hitów" Niemców, spokojniejszego "Tagebuch einer Totgeburt". Cechą wspólną obydwu części splitu są niesamowite wokale. Mieszanka growlingu i potępieńczych wrzasków (stanowiących zresztą wizytówkę Bethlehem) wywiera jedyne w swoim rodzaju wrażenie. Nic dziwnego, że Jonathan Thery swego czasu nagrał trochę materiału razem z... Bethlehem właśnie. Tak, tak, wszystko zostaje w rodzinie. Dzięki przyjętej konwencji "Bethlehems Bastarde" brzmi bardzo jednorodnie i niezwykle spójnie, niemal jak płyta autorstwa jednego wykonawcy.

Może dla niektórych zabrzmi to kontrowersyjnie, ale mam wrażenie, że split ten przewyższa zarówno obydwa albumy Ataraxie, jak i debiut Imindain, choć przecież nie ulega wątpliwości, że są to bardzo dobre krążki. Obydwa zespoły pokazują tu po prostu, że można czasem wyjść nieco poza funeralowy schemat, nie tracąc niczego z siły przekazu. Szaleńczym i samobójczym zarazem klimatem, sączącym się z każdego dźwięku tego materiału, można by obdzielić co najmniej dziesięć innych funeral doomowych bandów. Rzecz obowiązkowa.

Szymon Kubicki