Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Detached From Life

Detached From Life - Mr Death

Detached From Life

Wykonawca:

Mr Death

Gatunek:

Death metal

8 /10

Kryzys wieku średniego dopada kolejnych weteranów szwedzkiej deathmetalowej sceny. Zazwyczaj objawia się on nagłym atakiem tęsknoty za starymi czasami, kiedy razem z kumplami świetnie się bawili, na okrągło imprezując i robiąc przy okazji trochę łomotu. Tym razem trafiło na Jucka Thullberga i Stefana Lagergrena, którzy w prehistorycznych czasach udzielali się w Expulsion, Treblinka i we wczesnym Tiamat.

Panowie śmiało wytoczyli z piwnicy zapomniane wzmacniacze, odkurzyli gitary i dalej jazda do roboty. Skoro Nicko z Death Breath potrafi, to oni też. Bez wątpienia sprawę ułatwił fakt, że genotyp każdego Szweda zawiera dodatkowy gen death metalu. Wystarczy go aktywować i płyta wyskakuje jak diabełek z pudełka. W rezultacie Szwedzi tworzą wysokogatunkowy death z równą łatwością, co Włosi mozarellę. Aż dziw, że żaden naukowiec nie podjął się jeszcze zbadania tego zadziwiającego zjawiska. Nobel czeka.

Rezultatem tych sentymentów jest bardzo zacny debiutancki krążek Mr Death "Detached From Life". Właśnie takiego albumu można było oczekiwać. Klasycznego, do bólu wręcz oldschoolowego, który nie oferuje właściwie niczego nowego (bo po co?), jest za to bardzo solidny, zgrabny i łatwoprzyswajalny. Całość zaczyna się gitarowym sprzężeniem, prawie identycznym jak w "Wolverine Blues", a dalej już (niemal) same konfitury. Posłuchajcie choćby takiego "Death vs The Living Death", toż to prawdziwy hicior! Oczywiście całość z daleka jedzie smrodem szwedzkiej padliny, pojawia się też jednak wyczuwalna zamorska nuta. Jej woń najbardziej przywodzi mi na myśl Deicide (także dzięki wokaliście wpadającemu chwilami w Bentonowską nutę) i inne kapele zdecydowanie nie spod znaku brutalno-technicznej mielonki.

Słychać to najwyraźniej choćby w "Evil Undisputed". Przyznam, że ten zabieg sprawdził się bardzo dobrze, wprowadzając do muzyki Mr Death nieco więcej agresji, a przy tym nie pozbawiając jej charakterystycznej melodyki. Nie wystarczy jednak skomponować rasowy oldschoolowy materiał, trzeba go jeszcze zarejestrować. A kto nadałby się lepiej do tego zadania niż kolejny, zapomniany dziś bohater dawnych czasów - Tomas Skogsberg. Trzeba przyznać, że gałki w Sunlight Studio nadal chodzą bardzo sprawnie, a odpowiedzialny za nie wciąż pamięta, jak powinien brzmieć rasowy materiał. Dzięki owocnej współpracy Panów Śmierci i Producenta całość chodzi jak należy i buja znakomicie. Do tego świetna okładka i tradycyjna tematyka tekstów.

Zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób "Detached From Life" będzie niczym więcej, jak tylko odgrzewanym kotletem. Owszem, dostrzegam słabości tego krążka, jak choćby pewna monotonia czy incydentalne zapędzanie się w nieco jałowe obszary. Nie zmienia to jednak faktu, że tego rodzaju płyty sprawiają mi mnóstwo radochy, stanowiąc skuteczne antidotum na tony plastiku walające się po współczesnej metalowej scenie.

Szymon Kubicki