Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Get On Time

Get On Time - Brain Connect

Get On Time

Wykonawca:

Brain Connect

8 /10

To się nazywa szok kulturowy. Skończywszy obcować z "Volcano" Satyricona, zaraz gdy ostatnie dźwięki czarnej lawy wysączyły się z moich głośników wrzuciłem na ruszt debiut Ślązaków z Brain Connect. Przerzucić się z diabelskiego rock'n'rolla na instrumentalne Pink Floydowe jazdy, wyzwanie godne zaliczenia sesji bez poprawki (wszystkich studentów przepraszam za tę wywołującą palpitacje serca prywatę). Ale dało rade. Bo "Get on Time" to porządny kawał zróżnicowanych brzmień, dobra muza po prostu.

Ostatnimi dniami zauważyłem u siebie brak chęci do sięgania po ambitniejszą muzykę. Może to pogoda za oknem sprawia, że lepiej mi gdy macham banią (a przy tym poprawiam krążenie) przy hiciarskim hard rocku. Może to poszarpane nerwy powodują, że wole wyładować się przy plemiennej propozycji Six Feet Under niż przy zawiłych nutkach prog-metalowych geniuszy. Może to głęboko zakorzeniona w każdym z nas dzikość ciągnie mnie w leśne, mroźne norweskie ostępy bym wespół z czorcim metalem zrobił desant husarii na przeciwników black metalu. Nie wiem. Wiem natomiast, że od czasu gdy w moim odtwarzaczu kręciła się płyta Animations zapał do progu przeszedł mi jak małemu dziecku chęć chodzenia do szkoły po pierwszym w życiu dniu nauki. Ot tak, bez powodu. Ale Brain Connect przypomniał mi, że nie samą ekstremą człowiek żyje. Po "Get on Time" załączyłem sobie nawet Yaninę & Kapelę, ale to już osobna historia. Może w końcu przejdę do rzeczy.

"Get on Time" to 30-minutowa instrumentalna podróż po różnych gatunkach i stylach, w której wyjściową jest szeroko rozumiany rock. Całość albumu, czyli pierwsza z trzech części "Bullet", zaczyna się bardzo Pink Floydowo, zwiewnie, eterycznie ale i niepokojąco. Syntezatorowe dźwięki przechodzą w drugą część muzycznej trylogii, w której gitary bardziej pokazują pazur. "Bullet (Part II)" to ogólnie perełka całego wydawnictwa. Zaczyna się w klimatach otwieracza płyty, by zwiedzić krainę melancholii, tu i tam z lekka pojazzować, aż aby ostatecznie zaatakować rockiem z okolic solowych dokonań Derka Sheriniana w kooperacji z Zakkiem Wylde. Mniam. Tryptyk "Bullet" wieńczy znów bardziej natchniona muzyka, niemal obrazowa, w której można się zatopić i odpłynąć w jakieś magiczne krainy w naszej głowie... z początku. W połowie tej kompozycji znów Brain Connect zrywa się do biegu, by poczarować bardziej hard rockowym graniem.

Dwie pozostałem kompozycje również trzymają poziom "Bulletów". "The Art of Flying" zaczyna się niczym utwór Riverside by przejść w coś z pogranicza jazzu i prog-metalu. Kawałek ten posiada wiele odcieni i barw, jak również zwróćcie uwagę na grę Przemysława Całusa na perkusji, który mówiąc kolokwialnie daje czadu, pokazując że nie tylko gitarzysta Michał Ziaja jest głównym aktorem "Get on Time". Album kończy "Compression", który na start oferuje koszmarną partie klawiszy, które na szczęście szybko przechodzą w epicki motyw, od którego aż naelektryzuje się powietrze wokół głośników. Niestety, "Compression" to kawałek, w którym mamy do czynienia w najwyższym stężeniu z niepotrzebną eksploatacją gryfu, a szkoda bo takie motywy jak w drugiej minucie i pięćdziesiątej sekundzie czynią z tego utworu rzecz niebanalną. Acz trzeba mieć cierpliwość żeby wytrwać, aby go posłuchać.

Podoba mi się Brain Connect, naprawdę. Ma ta trójka chłopaków odwagę, by grać muzykę niezbyt w naszym kraju popularną. Muzykę z pogranicza jazzu, prog-rocka i hard rocka. Jeśli ktoś jest łakomy porównań - proszę bardzo - "Get on Time" brzmi jak produkt Derka Sheriniana, który na pokład wziął... hmm... dajmy na to Jarka Śmietanę. Obrazowa muzyka, z dobrym brzmieniem i pomysłami. Nie podobają mi się jedynie momenty gdy gitarzysta niepotrzebnie maltretuje gryf do granic wytrzymałości, głównie słuchacza.

Grzegorz Żurek